Blog

 

20 lipca 2018

20 lipca 2018 roku. Dzisiaj Sejm Rzeczpospolitej Polskiej przegłosował Ustawę o Sądzie Najwyższym. Po Ustawie o Trybunale Konstytucyjnym i późniejszej Ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa ta dzisiejsza spowodowała, że Polska nie jest już państwa prawa. Pozostaje nam znowu sięgać po lektury, które w poprzednim systemie były zakazane, a które pozwoliły wierzyć, trwać, mieć nadzieję, że kiedyś to się skończy?… Ja zaczynam od Miłosza…

Czesław Miłosz

Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

16 lipca 2018

Wsi spokojna,  wsi wesoła…

Wakacje w pełnej krasie, piękna pogoda i w pewnym momencie tej letniej sielanki wydawało się, że będzie jeszcze bardziej radośnie, bo zbliżały się mistrzostwa świata w piłce kopanej. Niemal wszyscy mieszkający w dorzeczu Wisły, Odry, Bugu i Warty już widzieli naszych piłkarzy ze złotymi medalami na szyi, władze pewnie byłyby w stanie wysadzić w powietrze Pałac Kultury i Nauki, żeby tylko Plac Defilad miał większą powierzchnię (słyszałem, że miało świętować w centrum Warszawy nawet dwa miliony Polaków), ale niestety – stało się to, co musiało się stać – bolesny i przedwczesny powrót naszych skompromitowanych orłów…

Wiele by pisać na ten temat, dlaczego akurat podczas tej najważniejszej imprezy sportowej zabrakło polskim piłkarzom wszystkiego i w zasadzie byli jedną z najgorszych, jeśli nie najgorszą drużyną Mundialu w Rosji, ale chcę skupić się na czymś zupełnie innym, trochę pozasportowym, chociaż ze sportem pośrednio bardzo związanym…

Mniej ważne jest też dla mnie to, co opowiadali na temat naszej klęski nasi „wybitni” komentatorzy – dziennikarze, byli piłkarze i trenerzy. Większość z nich, jak z rękawa, sypała gotowymi pomysłami i systemami treningowymi, uzdrawiającymi polską piłkę nożną w przyszłości. Wiedzieli także niemal wszystko na temat pozostałych drużyn oraz ich zawodników – jakie mają przyzwyczajenia, co jedzą, co piją, jakie mają żony i kochanki, u jakiego fryzjera robią sobie włosy, co oznacza taki czy inny tatuaż na ich muskularnych ciałach, które będą wygrzewać na bajecznych plażach, gdzie woda czysta, a trawa zielona… Jakoś tylko nikt z nich nie zająknął się czemu nie wyszło im, kiedy sami byli trenerami i piłkarzami…

Swoisty popis prawdziwej polskości dali jednak nasi internauci po finałowym meczu mistrzostw, w którym Francja pokonała Chorwację. Prawie cały świat kibicował Chorwacji, małemu, czteromilionowemu krajowi na Bałkanach, niemal wszyscy podziwiali chorwacką prezydent Kolindę Grabar-Kitarović, która w strugach deszczu dzielnie i dumnie stała podczas ceremonii wręczania medali i ściskała – bez wyjątku –wszystkich piłkarzy, także Francuzów, autorów tego naprawdę świetnego widowiska. Jakoś nie przeszkadzało jej także to, że znalazł się parasol dla Putina, a nie miał kto ochronić jej i prezydenta Francji Macrona przed deszczem.

To, co nie udało się naszym piłkarzom, udało się naszym internautom – przenikliwym, szczerym w osądach, bezkompromisowym, w niczym nie ustępującym swoim mistrzom dziennikarzom, komentatorom i fachowcom. Nasi internauci wiedzą najlepiej… Choć większość z nas pieje raczej z zachwytu niż z oburzenia nad zachowaniem prezydent Chorwacji znacznej grupie komentujących nie przypadł do gustu sposób, w jaki odnalazła się podczas mundialu. Tego wielkiego, stricte męskiego święta, na którym dla kobiet miejsca nie ma (FIFA wydała nawet zakaz pokazywania w telewizji pięknych kibicek na trybunach) – nawet jeśli są głowami krajów, których reprezentacja gra w finale. Bo zawsze zrobią coś źle. Przyjdą. Będą kibicować. Napiją się alkoholu. A na końcu (tutaj oryginale wypowiedzi naszych fachowców: he, he, he) – wylądują w męskiej szatni.

– Ciekawe po co tam poszła? – napisał jeden geniusz sportowej komentatorki.

Inny zauważył, że „lepiej poszłaby do kościoła, a nie włazić nagim chłopom do szatni”.

Chorwatom jakoś to nie przeszkadza, wprost przeciwnie, są dumni ze swojej prezydent, że jest jedną z nich, taką normalną kobietą. Natomiast Polakom tak, że prezydent Chorwacji bawi się dobrze, pije, wpada do piłkarskich szatni (i nic dziwnego, bo babki z fajnym biustem to babki rozrywkowe) i że ma takich ochroniarzy, którzy nie zabierają ze sobą parasola i pani prezydent mokła na deszczu.

Co na to Polacy? Polacy na to: he, he, he. Potrafią tylko głupio, dziko, rubasznie i po chamsku wszystko wyśmiać. „Poszła do męskiej szatni, he, he, he”. „Tam chłopaki brali prysznic, he, he, he. Pewnie strzelali jej karne w tej szatni, he, he, he”. Skąd u nas takie chore skojarzenia? Wystarczyło jedno: Kolinda Grabar-Kitarović jest kobietą. A jeśli kobieta, to kojarzy się z seksem… Jakby tego było mało, że jest kobietą, według polskich „komentatorów” dopuściła się jeszcze jednej zbrodni. Internet obiegło kilka sesji, na których jakoby jej imponujące wdzięki są ledwo przysłonięte przez bikini. Nic to, że później obecność pięknej pani prezydent na obu seriach gorących fotek została zdementowana. Ważne, że jeśli w polityce jest jakaś kobieta, a do tego jest seksowna i zachowuje się naturalnie, a w dodatku lubi spędzać czas z piłkarzami, to musi być, delikatnie mówiąc, rozrywkowa. Mówią to wszystko przeważnie ci sami ludzie, którzy mają „obsesję wstawania z kolan”. Tym śmieszniej było, kiedy okazało się, że do tego wszystkiego na mecz poleciała rejsowym samolotem. Cóż za żenująca reprezentacja dumnego chorwackiego narodu!

Na takich ludzi, robiących świetne kariery w międzynarodowej polityce i doskonale odnajdujących się na dyplomatycznych czerwonych dywanach, mówimy czasem: białe kołnierzyki. Pewnie dlatego tak szokujące jest dla nas, kiedy zamiast białego kołnierzyka i bezpiecznego granatowego krawata widzimy piękną, dojrzałą kobietę, demonstrującą przecież nie obsceniczne zachowania, ale normalne ludzkie odruchy i zwykłe zachowania. Przecież nieodmiennie głosujemy na tych, którzy obiecują nam władzę bliższą ludzkim sprawom, ale kiedy przedstawiciele tej władzy okazują zwykłe ludzkie emocje, reagujemy w popłochu wyparciem i negacją, a zwracamy się nagle w kierunku tych, co wolą… na kolanach…

W finale MŚ Francja pokonała Chorwację, ale kto jest największym zwycięzcą Mundialu? Rosja! Odniosła spektakularny propagandowy sukces, kraj dyktatury, bezpieki, łagrów i więźniów politycznych niewątpliwie ocieplił swój wizerunek.

Kiedy patrzy się na Putina, który nawet nie pomyślał o dobrych manierach i zignorował moknącą prezydent Chorwacji, łatwiej zrozumieć, dlaczego dzisiaj niektórzy nasi politycy ignorują również inne zasady – społeczne, moralne, prawne, konstytucyjne… Przecież lepiej zajmować się jakimś gadem znad Wisły, który nadal przebywa na wolności – w schwytanie którego zaangażowano wszelkie dostępne służby – niż rzeczowo przeanalizować dlaczego polscy piłkarze ponieśli taką klęskę. Odpowiedź jest prosta. W Chorwacji i innych krajach prawdziwy sport zaczyna się już w przedszkolu, a w szkołach jest niewyobrażalne, żeby ucznia z zajęć wychowania fizycznego mógł zwolnić rodzic. Od tego jest lekarz szkolny, to on decyduje, czy młody człowiek może ćwiczyć, czy też nie. Sport jest obowiązkowy, tak samo jak przedmioty związane z historią, kulturą i sztuką.

Po raz kolejny wylazło polskie prostactwo, jak – nomen onem – szydło z worka, taka prawdziwa wiocha, do której tak się niektórym Polakom spieszy.

Zdzisław Gozdawa i Wacław Stępień, polscy satyrycy, potrafili doskonale w sposób prostacki sparodiować wiersz Jana Kochanowskiego „Wsi spokojna, wsi wesoła”…

Wsi spokojna, wsi wesoła…
Kto twój czar opisać zdoła.
Nie ma już tej pięknej krasy,
dziś są całkiem inne czasy.
Dawniej chciołem to wypiołem,
choćbym wyszedł za stodołę,
baba zdjęła Ci bieliznę –
miałeś ekstra telewizję (…)

I chociaż wiersz-pastisz napisany kilkadziesiąt lat temu miał wyśmiewać polskie przywary tamtego systemu, smutnym jest to, jak bardzo jest on aktualny obecnie…

13 lipca 2018

Dzisiaj piątek, trzynastego… Dla niektórych ludzi to istna paraskewidekatriafobia, inaczej rzadka fobia, czyli paniczna reakcja na piątek trzynastego, strach przed nim… Sama nazwa jest trudna do wymówienia, na szczęście nie ma potrzeby często używać tego trudnego słowa. W końcu – ile jest piątków trzynastego w roku?

Skąd więc wziął się lęk przed piątkiem trzynastego?

13 października (w piątek) 1307 roku, na rozkaz Filipa IV Pięknego aresztowani zostali wszyscy templariusze we Francji. Zadłużony po uszy król Francji pozazdrościł majątku templariuszom i nakazał swojemu kanclerzowi, Wilhelmowi de Nogaret, aresztowanie członków zakonu, zarzucając im herezję, świętokradztwo, czary, rozpustę i spiskowanie z Saracenami. Templariuszy kazał spalić na stosie, a ich majątek sobie przywłaszczył.

Według legendy, Ostatni Wielki Mistrz Zakonu, Jacques de Molay, zanim spłonął na stosie rzucił klątwę Filipa IV, papieża Klemensa V i Wilhelma de Nogaret. Od tego momentu żaden z nich nie przeżył roku.

Można by z humorem powiedzieć ileż to klątw zostanie rzuconych dzisiaj w Polsce? I kto na kogo będzie takie klątwy rzucał?…

5 lipca 2018

Stało się… 3 lipca to dzień, w którym skończyła się w Polsce demokracja. Po wcześniejszej likwidacji przez PiS Trybunału Konstytucyjnego, potem samorządu sędziowskiego przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Weszła w życie ustawa o reformie SN, ale tak naprawdę to ustawa, która jest czystką sędziów… Trzeba było zrobić miejsce dla swoich, uległych, zdeprawowanych obietnicami szybkiej kariery. Wszystko stało się jak zwykle nocą, jak zwykle bez jakichkolwiek konsultacji społecznych z naruszeniem prawa i obyczajów, a co najważniejsze – konstytucji… Wszystkie te instytucje zostały całkowicie zniszczone i upartyjnione. A wszystko to z wielkimi uśmiechami pogardy na twarzach oszalałych ludzi z PiS… Zastanawiam się czy ci ludzie naprawdę wierzą w tzw. „dobrą zmianę”, czy są też tak nierozumni, zastraszeni, otumanieni czy po prostu głupi? W marcu 1968 roku Stefan Kisielewski pisał o „dyktaturze ciemniaków”… W tych dwóch słowach ujęty został wtedy opis komunistycznych rządów i całej klasy politycznej, która zawładnęła Polską, cechując się m.in. zamordyzmem wobec własnego społeczeństwa…

26 czerwca 2018

Zmarł Andrzej Bartyński, polski poeta, członek Związku Literatów Polskich. Urodził się we Lwowie 25 maja 1934 roku. Przez ponad ćwierćwiecze lat pełnił funkcję  prezesa Zarządu Dolnośląskiego Oddziału ZLP. Założyciel i prezes Klubu Inteligencji Niewidomej RP, W latach 1986-90 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Kultury przy Zarządzie Głównym Polskiego Związku Niewidomych.

Nie pamiętam ile lat znam Andrzeja Baryńskiego. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym. Wiele lat… Kiedy próbuję sobie to przypomnieć, to wydaje mi się, że poznaliśmy się w Poznaniu, podczas Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. Spaliśmy wtedy jeszcze w hoteliku nauczycielskim przy Kanclerskiej. To był taki barak pracowniczy z czasów wczesnego Gierka – niezwykle długi korytarz z niezliczoną liczbą pokoi, poprzedzielanych cienkimi ściankami. Pamiętam dokładnie, jak Andrzej powiedział podczas jednego w wieczorów: – Pijcie ciszej, bo przez te ściany wszystko słychać!

Potem spotykaliśmy się już częściej. A to podczas kolejnych poznańskich festiwali, a to podczas Warszawskich Jesieni Poezji, a w końcu w Polanicy, kiedy wiele lat temu zaprosił mnie na Festiwal Poezji – Poeci bez granic. To właśnie tam narodził się mój pomysł, żeby Andrzej pisał do „Gazety Kulturalnej” comiesięczne felietony, nazwane później przez Henryka Gałę felietoematami… Andrzej bał się tego wyzwania, bo to wiązało się z systematycznością, ale po jakimś czasie tak bardzo się wciągnął, że stało się to jego niemal codzienną powinnością. Wykonywał do mnie kilkanaście telefonów miesięcznie (czasem tygodniowo) i pytał, czy podoba mi się temat, który zmierza poruszyć. To oczywiście nie wszystko, bo kiedy materiał już do mnie dotarł (przepisywany i wysyłany przez Jego cudowną żonę – Krzysię), musiałem oczywiście natychmiast czytać i dzielić się swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami. To stało się rytuałem. Takim, co to nie można bez niego żyć. Andrzej był niecierpliwy w tym względzie… Bywało, że nie mogłem w danym momencie odebrać telefonu, to potrafił „dobijać się” kilkanaście razy na godzinę – dobrze wiedząc, że i tak nie odbiorę. Mówił wtedy, że „wiem, że nie mogłeś, ale musiałem próbować, żebyś pamiętał o mnie”. Rekord padł w grudniu 2017 roku, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu mojego telefonu 47 nieodebranych połączeń, a telefon miałem wyciszony zaledwie przez dwie godziny…

Czemu o tym piszę? Żeby pokazać jak wielka była miłość Andrzeja do literatury, jak bardzo żył tym wszystkim, co się na nią składało – twórczość i życie okołoliterackie. A najważniejsza była dla niego przyjaźń, taka prawdziwa, nieudawana… Andrzej żył pełnią życia, pomimo swojej ułomności – był niewidomy, ale potrafił stworzyć swój własny świat, świat który tak naprawdę nie różnił się niczym od naszego.

Andrzeja już nie ma. Kiedy piszę te słowa, Andrzej stoi (jego urna z prochami) gdzieś pomiędzy książkami w jednej z bibliotek Wrocławia i czeka na pogrzeb, swój pogrzeb. Bo jak pisał w swoich felietoematach: W „salonie mych myśli” jak zwykle wszyscy siedzą przy okrągłym stole. Uśmiech na twarzy, a biało-czarne myśli tak, jakby na czole. Przy okrągłym stole wszyscy sobie siedzą, za chwilę coś nam powiedzą, ale po kolei, tak jak na kolei. Zależy, co komu wpadnie do głowy, wtedy usłyszymy ten tekst na wskroś salonowy. Wszyscy razem siedzą przy okrągłym stole i spokojnie czekają na swoją kolej. […]

A przy okrągłym stole siedzą one: błękitnooka i złotowłosa Wiosna, piwnooka jak heban czarnowłosa Luna. I siedzą oni, filozof Pan Niewtwór i asystent Daniel Spaniel. I siedzi on, nasz Autor, budowniczy i komandor „salonu mych myśli”. Tak sobie siedzi i może, i może tak sobie myśli: „Niech się cały ten świat dowie, że poezja żyje w słowie”: […]

Człowiek się rodzi i odchodzi
przez całe życie gdera i gdera
a raz umiera jakby to było co dzień
i jeden jest rozkaz od współczesnego Homera
aby się nigdy nie rodzić […]

Słowa te napisał już po moich odwiedzinach w szpitalu, kiedy był jeszcze pełen werwy, nadziei, wiary, z głową pełną pomysłów…

Andrzej Bartyński w czasie II wojny światowej był zaprzysiężonym, małoletnim żołnierzem Armii Krajowej (pseudonim Orlik), osadzonym w hitlerowskim więzieniu we Lwowie. W roku 1943 stracił całkowicie wzrok w czasie przesłuchania przez gestapo.

W 1946 roku wyjechał ze Lwowa do Wrocławia. Ukończył Wydział filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim.

W 1956 roku był współzałożycielem Wrocławskiej Grupy Artystycznej  „Dlaczego nie”, skupiającą młodych poetów, prozaików, aktorów i artystów plastyków, a w 1970 roku  wraz z poetą i dramaturgiem Henrykiem Gałą założyli teatr słowa i pieśni „Poeci na estradzie”.

Był członkiem wielu stowarzyszeń i organizacji: Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków, Klubu Inteligencji Niewidomej RP, Polskiego Związku Niewidomych, Związku Inwalidów Wojennych (stopień oficerski i patent Weterana Walk o Niepodległość i Wolność Ojczyzny), Związku Ociemniałych Żołnierzy. Był działaczem kultury, społecznikiem, działaczem na rzecz równouprawnienia osób niepełnosprawnych.

Jako poeta debiutował w 1956 roku wierszem „Rapsod o Jesieninie”, opublikowanym we  wrocławskim czasopiśmie „Życie Uniwersytetu”. Jego dorobek literacki obejmuje kilkadziesiąt książek.

Za swoją działalność odznaczony wieloma orderami i medalami: Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Partyzanckim, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Armii Krajowej, Złotym Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, Srebrnym Medalem „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem „Pro Memoria”, Srebrnym Medalem „Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej”, Medalem Zwycięstwa i Wolność, Odznaką „Syn Pułku”. W 2010 roku otrzymał srebrny medal Zasłużony dla Kultury Gloria Artis, a w 2013 roku otrzymał medal Pro Patria i odznakę honorową złotą Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego.

Był wielokrotnym laureatem krajowych festiwali poetyckich, m.in. „Kłodzkiej Wiosny Poetyckiej”.

W 1974 roku otrzymał stypendium rządu włoskiego, a w 1979 roku stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki na pobyt w ZSRR.

W 1984 roku otrzymał nagrodę Miasta Wrocławia za osiągnięcia literackie. W roku 2001 – był nominowany do międzynarodowej nagrody literackiej Filantrop oraz otrzymał Nagrodę Październikową Wrocławia – Dla Najlepszych, nadaną przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury.

W 2007 roku został laureatem Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. W  roku  2009 otrzymał nagrodę literacką im. Ks. Jana Twardowskiego za najciekawszy tom poezji – Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy.

Człowiek Roku 2009 Polskiego Związku Niewidomych. Za szczególne osiągnięcia w dziedzinie kultury został w listopadzie 2009 roku uhonorowany Nagrodą Marszałka Województwa Dolnośląskiego.

Honorowy obywatel miasta Polanica Zdrój, od 2003 roku pomysłodawca, twórca i współorganizator  corocznych międzynarodowych festiwali poezji odbywających się w Polanicy Zdroju „Poeci bez granic”.

Po jego rezygnacji z funkcji Prezesa Zarządu członkowie Dolnośląskiego Oddziału ZLP  przyznali mu tytuł Honorowego Prezesa DO ZLP.

Zmarł we Wrocławiu, 16 czerwca 2018 roku, po południu…

23 maja 2018

Do południa świetna rozmowa z moim przyjacielem, Heniem Gałą, pisarzem i dramaturgiem. Henryk obchodzi właśnie 80. urodziny, więc uściskałem go telefonicznie. Wiele lat temu osiadł w nadnarwiańskim Drozdowie koło Łomży, odnajdując swój azyl i spokój. Tam naprawdę czuje się bliskość natury. A ponieważ Henio zawsze był świetnym gawędziarzem, to i tym razem ponarzekaliśmy sobie, poutyskiwaliśmy, powspominaliśmy i od razu zrobiło nam się lżej na duszy… A na zakończenie przeczytał mi wiersz poświęcony Piotrowi Kuncewiczowi, który będzie miał odsłanianą tablicę pamiątkową. Powiedziałem, że jeśli podeśle mi za „chwil kilka” to zmieści się jeszcze pod tym tekstem. Długo nie musiałem czekać…

23 maja 2018

Olga Tokarczuk odebrała w Londynie jedną z najważniejszych na świecie nagród literackich – Man Booker International Prize. Nagrodzono ją za książkę „Bieguni”. Nieczęsto polski twórca nagradzany jest tak prestiżowym wyróżnieniem. W Polsce książka wywołała sporo kontrowersji, początkowo pisano między innymi, że „jest dowodem głębokiego kryzysu pisarstwa”, ale wkrótce okazało się, że jest inaczej, doceniono ją w wielu konkursach literackich, honorując m.in. nagrodą Nike w 2008 roku. Oczy całego literackiego świata są dziś wpatrzone w polską pisarkę, a o tym wyjątkowym wydarzeniu kulturalnym od razu pisały największe gazety na świecie.

Niestety, na gratulacje dla Olgi Tokarczuk ze strony Ministerstwa  Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyszło długo poczekać. Na usta ciśnie się pytanie: ile czasu potrzebuje Ministerstwo Kultury, by docenić światowy sukces polskiej pisarki? Rzeczywistość pokazała, że dużo.

W epoce mediów społecznościowych wieści rozchodzą się błyskawicznie. O zdobyciu przez Olgę Tokarczuk prestiżowej Man Booker International Prize – za powieść „Bieguni” –  zagraniczne media (w tym „The Guardian” czy „Washington Post”) pisały już kilka chwil po ogłoszeniu werdyktu. Informację przed północą podał też Polska Agencja Prasowa i większość polskich mediów. Nawet TVP poinformowała o wygranej kilkanaście minut po godzinie dwudziestej trzeciej, ale w Ministerstwie Kultury nagrody nie dostrzegano.

Na oficjalnych profilach resortu, w mediach społecznościowych, nie było żadnego śladu o sukcesie polskiej pisarki. Pierwszy wpis pojawił się dopiero po prawie dwunastu godzinach po ogłoszeniu w Londynie, że międzynarodowego Bookera dostała Olga Tokarczuk.

Jedynym przedstawicielem resortu kultury, który zabrał rano następnego dnia zabrał głos w sprawie nagrody, jest wiceminister Jarosław Sellin. W radiowej „Jedynce” pytany o wyróżnienie dla Olgi Tokarczuk mówił, że cieszy się „z każdego sukcesu twórcy polskiej kultury”.

Jakoś cicho było także po finale Festiwalu Filmowego w Cannes, gdzie Złotą Palmę za najlepszą reżyserię otrzymał Paweł Pawlikowski, za film „Zimna Wojna”, laureat Oscara za „Idę”.

Dziennikarz filmowy Krzysztof Kwiatkowski tak to skomentował: Paweł Pawlikowski dedykuje canneńską nagrodę Głowackiemu, bo symbolizuje dla niego to, co w Polsce najlepsze: otwarcie na świat, gorzką ironię, inteligencję. Kilka dni później Olga Tokarczuk odbiera Bookera. Istnieje fantastyczna polskość pozbawiona nacjonalistycznych skłonności. Szkoda tylko, że wśród niektórych ludzi polskiej kultury…

 18 kwietnia 2018

Przeprowadzono sondę uliczną – zadając przypadkowym przechodniom bardzo podchwytliwe pytanie – co sądzą o wprowadzeniu do szkół nauki cyfr arabskich. Trzeba przyznać, że autorzy sondy trafili na podatny grunt, bo większość z odpowiadających cyfry arabskie uznało za… wpływ kultury islamskiej na polskie dzieci. To, co mogliśmy usłyszeć zatrważa. Mówi o tym, jaki jest stan umysłowy przeważającej części Polaków – nie tylko tych młodych, wychowanych już na internecie, laptopie i telefonie komórkowym. Cóż się bowiem okazało? Większość pytanych stwierdziła zgodnie, że wprowadzenie cyfr arabskich w polskich szkołach jest niepotrzebne, bo „przecież żyjemy w Polsce” i „powinniśmy uczyć się wszystkiego po polsku”. No chyba, że – jak przyznała jedna z pań – ktoś „lubi uczyć się obcych języków”. Pewien młodzian stwierdził nawet, że to „coś strasznego, niepotrzebny wpływ islamistów”.

O tempora, o mores! Przetłumaczę dla tych, co są przeciwni cyfrom arabskim w szkołach: Co za czasy! Co za obyczaje!

10 kwietnia 2018

Coraz ciszej o Katyniu…

Rząd PiS cały poniedziałek i wtorek (9-10 kwietnia) poświęcił obchodzeniu rocznicy katastrofy smoleńskiej, ale do Katynia nie wysłał żadnego członka swojego gabinetu. Polskę w tym roku w Katyniu reprezentował… ambasador Rzeczpospolitej Polskiej w Moskwie. To najniższy rangą urzędnik od lat.

Rok po katastrofie smoleńskiej w 2011 roku do Katynia poleciał Bronisław Komorowski. Spotkał się z nim wtedy prezydent Dmitrij Miedwiediew. Rok później Polskę reprezentował minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

W 2013 roku, w 3. rocznicę katastrofy i 73. rocznicę zbrodni katyńskiej, hołd ofiarom złożył szef KPRM, wicemarszałek sejmu oraz minister obrony i szef BBN jako przedstawiciel prezydenta, a także szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Trzy lata temu 10 kwietnia na czele delegacji stał Andrzej Kunert Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (zniesiona 1 sierpnia 2016 roku, jej kompetencje przejął resort kultury i IPN).

W 2015 roku do Katynia ponownie poleciał szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz minister kultury i dziedzictwa narodowego i podsekretarz stanu w MSZ.

A przez te dwa dni, rządzący odsłaniali sobie tablicę Lecha Kaczyńskiego w Sejmie (bez udziału mediów, bo prezes sobie tego nie życzył), nowy pomnik katastrofy smoleńskiej na Placu Piłsudskiego i uczestniczyli w niezliczonej ilości mszy. Cóż znaczą prawie 22 tysiące rozstrzelanych Polaków, m.in. w obozach: w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie i innych miejscach kaźni? Liczy się tylko prezes tysiąclecia, który czci swojego brata, prezydenta tysiąclecia. Coraz smutniej w Polsce!…

23 marca 2018

IPN wyprodukował spot filmowy o Marcu 1968 roku. Nie ma w nim słowa o „komandosach”, o Adamie Michniku, czy co najważniejsze, o „Dziadach” Dejmka. Właściwie nie wiadomo, o co chodziło protestującym studentom.

Dzisiejszy młody Polak zapyta pewnie kto to Michnik? Jaki Michnik – zdziwi się ktoś inny? Co miał wspólnego z Marcem 1968 roku? Takie pytania może zasadnie zadać każdy, kto obejrzy spot IPN o 50. rocznicy Marca 1968.

Z trwającego blisko dwie minuty spotu nie sposób się dowiedzieć, o co chodziło studentom! IPN omija to wygodnym sformułowaniem „doszło do wystąpień”. Ale nie ma słowa o zdjęciu przez władze „Dziadów” Kazimierza Dejmka wystawionych w Teatrze Narodowym, o relegowaniu z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera oraz o wiecu w ich obronie 8 marca, brutalnie rozpędzonym przez „aktyw robotniczy”, w większości milicjantów po cywilnemu.

Cała narracja IPN o tamtym Marcu jest taka, że komandosów przemilczamy, o Michniku nie wspominamy, piszemy obszernie o protestach poza Warszawą (są wygodne, bo nie było tam Michnika) i przedstawiamy Marzec jako ogólnonarodowy zryw młodzieży przeciwko systemowi.

A Michnik? Kto to w ogóle jest? „Historycy” z IPN nie będą zajmować się postaciami bez znaczenia.

* * *

Jest też drugi spot. Jeszcze gorszy w swoim przekazie. Na rocznicę wstąpienia Polski do NATO Ministerstwo Obrony Narodowej opublikowało krótki klip. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że na filmie nie widać ani jednego polskiego lidera, który Polskę wprowadzał do NATO. Pojawia się za to w nim prezydent Duda i minister Błaszczak. W klipie ministerstwa nie widać ani Bronisława Geremka, który był wówczas ministrem spraw zagranicznych i przekazywał USA akt wstąpienia do NATO. Nie ma także Aleksandra Kwaśniewskiego, ówczesnego prezydenta RP i Jerzego Buzka – wtedy premiera.

Fakt, że na filmie nie widać Geremka, Kwaśniewskiego czy Buzka nie przeszkodził twórcom umieścić obecnego ministra obrony narodowej Błaszczaka i prezydenta Dudy.

To niewiarygodne jak można manipulować historią, czuję się tak, jakbym ponownie był w czasach PRL.

Jeszcze trochę i niedługo się dowiemy, że strajk w Stoczni Gdańskiej prowadził Lech Kaczyński, a wymyślił to wszytko jego brat,  Jarosław.

21 marca 2018

Dzisiaj Światowy Dzień Poezji. Rozmawiałem z moim przyjacielem-poetą, który jest jednocześnie burmistrzem, o pomnikach dla potomnych za to, że dokonali czegoś wartościowego w swoim życiu. Na moją sugestię, kiedy postawią jemu pomnik, powiedział, że woli zostać w książkach. I ma rację… Pomniki mogą zburzyć, a wszystkich naszych książek nie spalą…

16 marca 2018

Sejm przyjął nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Według niej wprowadza się karę grzywny lub do 3 lat więzienia za użycie sformułowania „polskie obozy śmierci”. Informacja o takiej zmianie prawa w Polsce spowodowała szok w Izraelu, USA i na Ukrainie. Głos na ten temat zabrali w sposób bardzo zdecydowany i nieprzychylny Polsce najważniejsi politycy w tych krajach, a w Izraelu i na Ukrainie rozpoczęła się niemal antypolska nagonka. Mówiło się nawet o zamrożeniu wzajemnych stosunków.

Niestety, jak zwykle, sami stworzyliśmy sobie ten problem. Bo po co w ogóle ta ustawa. Przecież dotychczasowe prawo pozwalało pociągać do odpowiedzialności tych, którzy uważali, że „polskie obozy śmierci”, to coś, z czym my, Polacy, nie zgadzamy się. Ta ustawa to nic innego, jak przykrycie tego, co stało się kilka tygodni temu. Stacja TVN24 wyemitowała film o tym, jak polscy neofaszyści świętują kolejną rocznicę urodzin Hitlera. Film wstrząsnął połową Polski, także większość z rządzących publicznie mówiła, jak to będą delegalizować organizacje polskich neofaszystów, a nawet ONR i Młodzież Wszechpolską. Ale po paru dniach doszli do wniosku, że kosztowałoby to ich kilkaset tysięcy głosów w wyborach, więc wymyślili, a w zasadzie wyciągnęli z szafy tę ustawę. Nie spodziewali się tylko, że ustawa o IPN będzie miała taki światowy oddźwięk.

Na wszelką krytykę – tę polską i tę zagraniczną – próbował odpowiadać coś premier Mateusz Morawiecki, ale było to tak nieudolne, że aż żałosne: Auschwitz-Birkenau nie jest polską nazwą, a Arbeit Macht Frei nie jest polskim zwrotem – pisał na Twitterze. Znaczenie opublikowanego w sieci posta okazało się jednak zbyt małe i niewspółmierne z oficjalnym stanowiskiem. Wydaje się, że tak poważna sytuacja powinna stanowić pole do popisu powołanej właśnie w tym celu Polskiej Fundacji Narodowej. Niestety, ta woli walczyć z opozycją, stawiając odpowiednie, drogie i bezsensowne bilbordy na ulicach miast, szkalujące niesłusznie tych, którzy dla obecnej władzy są niewygodni. Premier coś tam przebąkiwał, że Auschwitz jest najbardziej gorzką lekcją o tym, jak diabelska ideologia potrafi sprowadzić piekło na ziemię. To piekło także w stosunkach polsko-polskich sami nam zafundowali.

Rację ma prof. Monika Płatek, która mówi, że Nikt nie kwestionuje, że obozy na terenie Polski były stworzone przez Niemców. Nikt nie zarzuca rządowi polskiemu współudziału w zbrodniach III Rzeszy. To, jak tę ustawę przedstawia premier Morawiecki, to obraza inteligencji. Prawdziwym celem ustawy jest zakneblowanie tych, którzy mówią o niewygodnych faktach. Nasyłanie prokuratora na ludzi, którzy przypominają, że podczas II wojny światowej wśród współczujących, bohaterskich, przestraszonych i obojętnych Polaków byli i tacy, którzy z donoszenia na Żydów zrobili sobie sposób na życie.

Kto będzie oceniał, czy opowiadając o przeżyciach mojej matki kłamię? Pan Morawiecki? Jaki? IPN? Nie mają do tego moralnego prawa. Trybunał Konstytucyjny w 2008 roku uznał przepisy o pomawianiu narodu polskiego za niekonstytucyjne. Te przepisy powstały za pierwszego rządu PiS z zamiarem uciszenia Grossa, który opisał mord Polaków na Żydach w Jedwabnem. A teraz tylko od kaprysu władzy będzie zależało, czy będę ścigana np. za to, co mówię teraz o przeżyciach mojej matki.

Niestety, wprowadzenie tej ustawy pokazało jak bardzo jesteśmy antysemickim krajem, ile w nas nienawiści do uchodźców i islamofobia. Okazało się, że to podburzanie padło na podatny grunt, bo to już się kiedyś w Polsce wydarzyło.

Czesław Miłosz

Campo di Fiori

W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.

Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.

Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.

Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.

Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.

Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.

I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.

Warszawa – Wielkanoc, 1943

12 marca 2018

Rząd, a dokładnie Ministerstwo Obrony Narodowej, przygotowało ustawę degradacyjną. Zakłada ona możliwość pozbawiania stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą „sprzeniewierzyli” się polskiej racji stanu.

Profesor Modzelewski, polski historyk mediewista, profesor nauk humanistycznych, wybitny działacz opozycji w okresie PRL, senator I kadencji, kawaler Orderu Orła Białego, został zapytany o to, jak przyjmuje tę ustawę:

– Jak ktoś nie wojował z generałem Jaruzelskim, gdy on żył, to chce sobie powojować chociaż gdy on już nie żyje… To jest szczególny rodzaj odwagi, podobnie jak wyrzucanie nieboszczyków z grobów. To odwaga hieny cmentarnej. Jak ktoś nie był odważny jak lew, to teraz chce być antykomunistyczny i odważny jak hiena cmentarna.

5 marca 2018

W piątek wieczorek pojechałem do monopolowego rowerem, kupiłem butelkę whisky 0,7 l. Włożyłem ją do koszyka przy rowerze. Przed wyjazdem pomyślałem jednak, że jeśli spadnę z roweru, to butelka się rozbije i będzie szkoda. Postanowiłem więc natychmiast wypić całą butelkę, zanim wrócę do domu. I okazało się, że to była cholernie dobra decyzja, ponieważ w drodze do domu wywaliłem się siedem razy… 

3 marca 2018

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Pisarzy.
„Inteligenckość to ogromna góra wątpliwości, to ocean wyrzutów sumienia, to nieskończony wszechświat samoudręki”.

Tadeusz Konwicki

28 lutego 2018

Mój blog na witrynie wp.pl przestaje istnieć. A to dlatego, że Wirtualna Polska likwiduje blogowanie. Trzeba było poszukać coś nowego, więc padło na wordpress.com. Zobaczymy jak to będzie tutaj. Mam nadzieję, że niebawem wiele osób ponownie zacznie czytać moje rozmyślania na nowej stronie…

29 listopada 2017

To już zamach stanu w Polsce! Obraduje – po raz kolejny – sejmowa komisja sprawiedliwości. Po zamachu na Trybunał Konstytucyjny, wprowadzeniu chorej reformy szkolnictwa, zamachu na wojsko przez Macierewicza – znowu bezprawne metody działania PRL-owskiego prokuratora Stanisława Piotrowicza, któremu wydaje się, że jest znowu w latach 80. Teraz już wyraźnie widać, że Polskich sądów, ani ustroju państwa, a zatem nas wszystkich nic już nie uratuje. Państwo zajmie się wszystkimi niechętnymi PiS-owi tak, jak zajęła się sędziami, nakładając na nich zakazy wypowiadania się, prokuratorami, policjantami, służbami i wojskiem, wyrzucając, albo doprowadzając do odejścia najlepszych, a awansując miernoty bez kompetencji, doświadczenia, rozumu i kręgosłupa, demonstrantami – ciągając ich po komendach policji i nękając, dziennikarzami. A kiedy dodamy do tego zamiar sfałszowania wyborów samorządowych, polityczną indoktrynację w szkołach i wzrost przemocy aparatu państwowego, stosowaną niestety przy bierności obywateli (mimo pojawiających się tu i ówdzie czasem demonstracji), prawdopodobna i zapowiadaną już cenzurę internetu i zakrojoną na olbrzymią skalę skuteczną propagandę, podsycanie nienawiści (bije się publicznie ludzi za inny kolor skóry, mówienie po niemiecku, ale i za czytanie w tramwaju „Gazety Wyborczej”), cofanie praw człowieka dla kobiet, represje polityczne, szczucie i groźby pod adresem posłów opozycji, ograniczanie, a już niedługo całkowite ograniczenie możliwości debaty w parlamencie, wyprowadzanie nas z Unii Europejskiej, a z czasem pewnie i z NATO – to mamy przesrane… Szybko nas załatwili – w dwa lata. Oczywiście, przy naszej cholernej, polskiej bierności…

14 listopada 2017

Dariusz Bruncz na portalu wp.pl pisze:

„W katolickiej Polsce rozkwitło pogaństwo z nowymi wcieleniami bożków wojny, konfliktów i zacietrzewienia. Zamiast patriotyzmu mamy hejtrotyzm – w dobrym tonie jest być Polakiem zawziętym, endeckim, narodowo-katolickim, nienawidzącym innych. W tej dyscyplinie deklasujemy wszystkich, ale nie mamy się czym – chwalić.

Tegoroczne święto niepodległości dobitnie pokazało, że polska wspólnota narodowa jest w rozsypce. Jeśli w ogóle istnieje. Możemy zapomnieć o radosnym i wspólnym świętowaniu setnej rocznicy niepodległości za rok. To, co się odbyło 11 listopada to tylko próba generalna przed orgią nienawiści w przyszłym roku”. (…)

23 sierpnia 2017

Coraz częściej zachodzę w głowę, czy jest jeszcze coś, co może mnie w życiu zaskoczyć. Myślałem, że trudno będzie znaleźć coś takiego, a jednak…

Reforma oświatowa, które ma tyle kontrowersji i jest powszechnie tak bardzo krytykowana, wkroczyła na kolejny poziom społecznych animozji. Po licznych zwolnieniach nauczycieli (których według minister miało nie być) i ogromnych pieniądzach wydawanych na przystosowanie szkół do nowych wymagań, nadeszło to, co nadejść musiało. Kolejne już w przeciągu krótkiego czasu zmiany w kanonie lektur szkolnych.

Pamiętam ogólnonarodowe oburzenie kiedy Miłosza usunięto z podstawy programowej dla liceum. Ciekawy więc jestem, co będzie teraz: na listę lektur obowiązkowych trafił poeta Wojciech Wencel – nazywany „bardem smoleńskim”. Od teraz wiersze Wencla będą w jednym szeregu z „Legendą o Świętym Aleksym”, „Kroniką Polską” Galla Anonima czy „dziełami” Marka Rymkiewicza, który, podobnie jak Wencel, napisał okropny wiersz dedykowany Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Z drugiej strony jakże mogłoby by inaczej, skoro niedawno poeta otrzymał od prezydenta Dudy nagrodę „Zasłużony dla Polszczyzny”. Prezydent tak oto uzasadniał swój wybór: Przedstawiciel średniego pokolenia polskich artystów, polskich poetów, ale zarazem i pisarzy, krytyków literackich, który pisze w sposób niezwykle ciekawy. […] Jest znany z jednej strony ze swojej poezji, z drugiej strony – z esejów, które pisze w „Gościu Niedzielnym”, które są także publikowane w internecie.

I co jest dla mnie jako niespecjalisty, niejęzykoznawcy niezwykle interesujące? Że z jednej strony te wiersze są często dosyć trudne w tym znaczeniu, że jest to właśnie język niezwykle bogaty, taki mocny, można w jakimś sensie powiedzieć, że skłębiony treściowo.

Opinii prezydenta nie podzieliła Rada Języka Polskiego, która odcięła się od nagrody, ale cóż z tego. Członkowie rady, m.in.: Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski i Katarzyna Kłosińska, napisali w oświadczeniu: Wojciecha Wencla nie można uznać za osobę, która przyczynia się do podnoszenia świadomości językowej Polaków. Nie udało nam się znaleźć wypowiedzi kandydata, które dotyczyłyby języka, które popularyzowałyby wiedzę o polszczyźnie, które wskazywałyby na rolę języka w życiu społeczeństwa. Znaleźliśmy za to bardzo zaangażowane politycznie teksty publicystyczne, które zaprzeczają idei etyki słowa: użyty w nich język zamiast łączyć, dzieli, jest nacechowany pogardą wobec osób myślących inaczej niż autor”.

Poezja Wencla to po prostu najzwyklejsza grafomania i to taka, której nie da się normalnie czytać. To coś, co jest po prostu szkodliwe, nie ze względu na zawarte w tych wierszach treści (tego się nigdy nie czepiam), ale ze względu na warsztat, styl i poetycki poziom. Znam dziesiątki, jeśli nie setki autorów, którym Wencel nie dorasta do pięt, ale cóż, nikt z nich nie jest członkiem zespołów redakcyjnych prawicowych pism i dzienników.

Kto więc stał się „ofiarą reformy edukacji” – kosztem m.in. Wencla i Rymkiewicza – minister Anny Zalewskiej? Bułhakow, Sofokles, Conrad, Żeromski, Iwaszkiewicz, Cervantes i Kapuściński. W podstawie programowej nie będzie więc „Edypa”, „Mistrza i Małgorzaty”, „Ludzi bezdomnych” ani „Jądra Ciemności”.

Dzięki reformie polscy licealiści nie będą już „tracić czasu na ironię i literaturę absurdu”. Nie będzie już także tekstów Witkiewicza i Schulza. Uczniowie szkół średnich nie będą musieli przejmować się trudnymi wyborami – zamiast mieszanki tekstów z różnych epok otrzymali takie oto utwory, jak tekst Wojciecha Wencla pt. „My, naród Kaczyńskiego”:

(…) O starym życiu nikt już nie pamięta
płoną świece przed pałacem prezydenta
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery.
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.
Polsko w ciemnościach porodu
nie jesteś Chrystusem narodów
jesteś Jonaszem w brzuchu wielkiej ryby
pójdź ach pójdź do swojej Niniwy. (…)

24 maja 2017

„Gazeta Kulturalna” ukazała się po raz 250. Każdy Jubileusz jest pretekstem do wygłaszania różnych mów czy laudacji. Szczególnie taki, kiedy jakieś pismo ukazuje się po raz dwieście pięćdziesiąty i funkcjonuje na rynku od blisko 22 lat. Nie będę jednak tego robił, bo przypuszczam, że nie spowoduje to zwiększenia nakładu pisma, np. do dziesięciu tysięcy egzemplarzy… Ze swej strony chciałbym z tej okazji podziękować wszystkim Czytelnikom „Gazety Kulturalnej” za ich wierność, że pomimo braku kolorowych wkładek z »wierszami« Pameli Anderson, w dalszym ciągu chcą nas czytać. Dyrekcji Domu Kultury za to, że daje na druk, wszystkim redaktorom, stałym współpracownikom i autorom publikującym swoje materiały dziękuję za to, że nigdy nie prosili o honoraria, których i tak by nie dostali, gdyż pismo od samego początku redagowane jest społecznie. Kochani, chciałbym Wam powiedzieć, że nie dostaniecie ich również przez kolejne dwieście pięćdziesiąt numerów, a to z tego powodu, aby pieniądze nie przesłoniły Wam czystości umysłu przy pisaniu Waszych wspaniałych, na wysokim poziomie tekstów. A czego życzę sobie?… Sobie, życzę zdrowia i spokoju… bo wszystko inne mam… Czego i Wam życzę – przynajmniej na następne 22 lata…

I stało się! Wykrakałem! Od założenia pisma minęły prawie dwadzieścia dwa lata i oto ukazał się numer dwieście pięćdziesiąty. Przez ten czas nie nastąpiły większe zmiany w sposobie ukazywania się pisma. Trochę uległa zmianie szata graficzna. Pojawili się nowi stali felietoniści. Niestety, odeszło od nas wielu kolegów, którzy tak bardzo mocno związani byli z „Gazetą Kulturalną”: Jurek Tomaszkiewicz (2001), Tomek Agatowski (2004), Tadzio Chróścielewski (2005), Henio Cyganik (2005) Wilk Przeczek (2006), Czarek Leżeńki (2006), Tadzio Kwiatkowski-Cugow (2008), Nikos Chadzinikolau (2009), Wojtek Siemion (2010), Ania Kajtochowa (2011), Zbyszek Jerzyna (2010), Czarek Leżeński (2006), Jasiu Juszczyk (2011), Rysiu Rodzik (2012), Krzysiu Gąsiorowski (2012), Andrzej K. Waśkiewicz (2012), Rysiu, Danecki (2013), Tadzio Stirmer (2014), Julian Kawalec (2014), Jola Nowak-Węklarowa (2016)… Przecież to znane i uznane nazwiska polskiej literatury współczesnej.

Założenia, jakie przyświecały mi od samego początku, są przez cały ten czas realizowane i nigdy nie było potrzeby „strofowania” kogokolwiek za zbyt dalekosiężne uwagi dotyczące linii programowej pisma, jego zawartości, poziomu czy w końcu wartości moralnych drukowanych materiałów. A były one zawsze proste: wysoki poziom twórczy i intelektualny, otwartość, swoboda wygłaszanych poglądów, ale bez obrażania czyichkolwiek uczuć, poglądów i zapatrywań. Jeśli komuś nie podoba się jakiś nurt społecznych, filozoficznych czy moralnych przekonań innych osób, nie ma obowiązku się z nimi zgadzać, może je skrytykować. Musi to jednak zrobić na odpowiednim poziomie. Tak było od samego początku, tak jest teraz i tak będzie dalej. To jedyna metoda odbudowywania w Polsce prawdziwie wolnej prasy…

Niestety, w naszym, polskim rozwoju cywilizacyjnym zabrakło jakoś wsparcia ze strony państwa, które – pomimo upływu wielu lat ustrojowych przemian – nie prowadzi do dzisiaj żadnej polityki świadomego mecenatu, a tylko bezsensowną działalność „pomocy socjalnej” dla działalności kulturalnej. A dzieje się tak dlatego, że nie wykonuje ono bowiem swych obowiązków wobec kultury i jednocześnie nie czyni nic, by wesprzeć powstanie znaczącego mecenatu prywatnego, który mógłby w znacznym stopniu rozwiązać wiele bolących problemów, dotyczących rozwoju duchowego narodu.

Żyjemy w czasie wielkiej, urzeczywistniającej się na naszych oczach nadziei, ale i żyjemy jeszcze w społeczeństwie ciężko poranionym przez już ponad pięćdziesięcioletnie wytrwałe i zwycięskie zmagania z totalitaryzmami w wydaniu zachodnim i wschodnim. Spustoszenia, jakie one poczyniły, są jeszcze żywe i bolesne – powolny rozpad gospodarki i degradacja moralna społeczeństwa. Przez długie lata będziemy dźwigali skutki tych totalitaryzmów.

Dlatego obchodząc ten skromny Jubileusz, zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie pora na święcenie triumfów, gdy wiele pism i wydawnictw jest zagrożonych w swoim istnieniu z punktu widzenia żelaznych praw ekonomii. Wystarczy także spojrzeć na bardzo długą listę tych pism kulturalnych, które w tym czasie powstały, a których od dawna już nie ma. Mam nadzieję, że i ten trudny czas wymagający wyrzeczeń i cierpliwości, a nade wszystko inicjatywy i zaangażowania, przetrwamy razem ze społeczeństwem. Bardziej niż kiedykolwiek liczymy na pomoc naszych Przyjaciół i Czytelników, ponieważ również bardziej niż kiedykolwiek w tej naszej gorączkowej gonitwie za współczesną Europą i światem potrzeba pogłębionej refleksji nad człowiekiem, nad wszelkimi wymiarami ludzkiego życia, nad problemami, które dziś są najważniejsze. Aby pismo mogło istnieć i tym wartościom służyć, potrzebujemy wsparcia duchowego, a na tym etapie szczególnie też – materialnego. Wiem, że przed ,,Gazetą Kulturalną” nie staje pokusa szukania łatwej popularności przez zajmowanie się wyłącznie tym, co znajduje się na powierzchni naszego życia społecznego, by – za cenę utraty własnej tożsamości – sprostać konkurencji. Nam nie jest to potrzebne. Mało tego, jestem przekonany, że tego uczynić nam nie wolno, ponieważ jesteśmy temu społeczeństwu potrzebni. Nie możemy zrezygnować z oglądania spraw człowieka przez pryzmat nadmiernej nowoczesności… Dlatego te dwieście pięćdziesiąt numerów pisma, grubo ponad sześć tysięcy stron poświęconych szeroko rozumianej kulturze, setki nazwisk, kilka tysięcy recenzji, esejów, omówień i utworów poetyckich i prozatorskich zaświadczają o słuszności wyboru takiej właśnie drogi…

Dzisiaj „Gazeta Kulturalna” – choć w dalszym ciągu nie jest pismem atrakcyjnym edytorsko (oczywiście z powodów finansowych) – ma swoich stałych odbiorców, czekających z utęsknieniem na kolejne numery. Pełni więc ona swoją rolę, niezwykle pożytecznie. Z jej kolumn płynie nuta optymizmu pozwalająca zrozumieć uciekający czas, odnaleźć swoje miejsce we współczesnym świecie, lepiej poznawać przyszłość, nie zapominając o tym, co w sumie jest najważniejsze – pamięć o własnej przeszłości, o swoich korzeniach i tradycjach – o swoich ojcach i o swoich dziadach… Naród bez historii jest narodem martwym, kto o tym nie pamięta, nie będzie nigdy zapamiętany przez swoich następców…

4 maja 2017

Długi, majowy weekend za nami. Wiele się działo w naszym życiu społecznym, a jeszcze więcej w politycznym. Obudził się nawet nasz prezydent Duda. Wykazał niezwykłą – jak na niego – aktywność. Najpierw przedstawił swoją wizję polityki historycznej, mówiąc wprost, że odgrywa ona także rolę w dzisiejszej polityce: – Ci, którzy są potomkami zdrajców, nie będą chcieli tego przyznać i będą walczyć z prawdą historyczną – mówił. Dodał też, że „prezydent nigdy nie będzie prezydentem wszystkich Polaków”. A kilkanaście godzin później, podczas obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja zaproponował, aby w przyszłym roku społeczeństwo (suweren) mogło wypowiedzieć się, jaki ustrój sobie życzy. Nie chcę mówić na temat referendum, bo kto jak kto, ale Duda nie ma najmniejszego prawa do tego, aby proponować zmianę Konstytucji. Żeby ją zmieniać, najpierw trzeba jej przestrzegać, a nie łamać. Przecież prezydent RP powinien być strażnikiem Konstytucji.

Natomiast trudno przejść obojętnie obok takich wypowiedzi jak ta, o potomkach „zdrajców”. Według niego potomkowie zdrajców są zdrajcami! Pytanie można też postawić inaczej. Panie prezydencie, wobec powyższego jak należy nazywać potomków tych, którzy w czasach komunizmu nie robili nic znaczącego, chowali się, kamuflowali i ogrzewali w za ciepłymi posadkami swoich dziadków i ojców? Czyżby byli tchórzami, Panie Prezydencie?

Polecam list otwarty księdza Stanisława Walczaka, nie tylko Panu, Panie Prezydencie!

 LIST OTWARTY

Szanowny Panie Prezydencie!

Szanuję Pańską pozycję, szanuję Pańskie wykształcenie. Jest Pan ekspertem od prawa krajowego i międzynarodowego, jest Pan także współobywatelem wszystkich Polaków, których część wybrała Pana na Prezydenta Państwa.

Wzrastał Pan w dobrej sytuacji materialnej i przychylnej atmosferze duchowej. Ot, jak wspaniały kwiat, dojrzewał Pan w cieplarnianych, wygodnych warunkach. W ten sposób odcięto Pana od życia przeciętnego człowieka. I chociaż chylę czoła przed elokwentnymi teoriami wyznawanej przez Pana ideologii, całkowicie jednak nie zgadzam się z nią.

Opowiem Panu historię młodego człowieka. Żył gdzieś w biedzie polskiego chłopa na kresach wschodnich. Nagle wioskę napadali sowieci i wywieźli go daleko, na Syberię. W międzyczasie wioska wraz z całym krajem padły ofiarą Niemców. Ci zaś skłócili się z Sowietami.

Pracował ciężka, jak niewolnik w kopalni. Tęsknił, wylewał łzy za ojcowizną i za utraconą ojczyzną. Śnił o kochającej żonie i maleńkim dziecku, które pozostawił w domu. Serce mu pękało.

Kiedyś dotarła do niego wieść, że jego ciemiężcy gromadzą takich jak on, by wspólnie wyswobodzić jego ojczyznę i by mógł powrócić do swych ukochanych. Zgłosił się na ochotnika.

Czołgał się w błocie, pośród świstających kul, w przerwach z tęsknotą śpiewał: „czy stąd niedaleko już, do grających wierzb, malowanych wzgórz?” Strzelał i strzelano do niego, a kulom się nie kłaniał….

Po tej morderczej zawierusze powrócił do swoich… Zastał ich żywych. Zabrał się do ciężkiej pracy!

Kilkadziesiąt lat później nazwał Pan jego potomków, potomkami zdrajcy!

Jakby zapomniał Pan, Panie Prezydencie o tym, że nowy porządek w Europie po II wojnie światowej był wynikiem umowy pomiędzy zwycięskimi mocarstwami!

Oskarża Pan biedaków, którzy przeszli przez piekło o zdradę oraz o przekazanie jej w genach jego potomkom.

Wiele Pan wie, ale życia to Pan nie poznał!

Na koniec, jako kapłan, bo jako kapłan piszę te słowa, dodam: żeby być chrześcijaninem, trzeba najpierw mieć ludzką naturę, trzeba być człowiekiem. Bóg bowiem nie niszczy natury leczy ją uświęca. Pańska teza o zdrajcach zakłada brak poczucia człowieczeństwa! Czyżby łaska Boża spadła na niepłodną glebę?

Zapewniam Pana, że ta ideologia jest nie ludzka więc i nie jest chrześcijańska. Wiem, że tymi słowami niczego nie osiągnę. Stanę jednak wobec mego Pana z czystym sumieniem.

 ks. Stanisław Walczak

21 kwietnia 2017

Dowiedziałem się, że 40 procent księgozbioru, czyli około 80 tys. książek ma zostać usuniętych z Bibliotek Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Filozofii i Socjologii PAN i Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Wśród nich cenne zbiory będące spuścizną światowej sławy filozofów i prywatnych księgozbiorów warszawskiego ośrodka filozoficznego.

Księgozbiór połączonych bibliotek był uzupełniany i opracowywany od 1956 roku. W obronie księgozbioru stanęła m.in. dr Gabriela Kurylewicz (Pracownia Filozofii Muzyki UW, Fundacja Forma, Instytut Witkacego w Warszawie).

Niech zatem decydenci wytłumaczą ten barbarzyński akt przeciw kulturze polskiej! Dla nas żadne z kryteriów selekcji i likwidacji nie jest do przyjęcia. Nie ma w świecie książek niepotrzebnych, bywają tylko niechciane. Takimi książkami niechcianymi są na Wydziale Filozofii i Socjologii i również w PAN: dublety klasyki filozofii, książki francuskie, książki w alfabetach innych niż łacińskie, książki o sztuce, literaturze pięknej lub sama literatura piękna, książki psychologiczne, encyklopedie i słowniki, książki przedwojenne – bez względu na to, czy należały np. do prof. Ajdukiewicza, Ossowskiej, Kotarbińskiego, czy Witkacego! – mówi dr Gabriela Kurylewicz.

Melioracji ulegnie największy w Polsce księgozbiór filozoficzno-socjologiczny. Ma to stać się do końca czerwca 2017 roku. Na początku usuniętych ma zostać 30 tys. książek, następnie 50 tys. kolejnych. Wśród nich zbiór książek Stanisława Ignacego Witkiewicza oraz archiwa Kazimierza Twardowskiego, Janiny i Tadeusza Kotarbińskich, Marii Ossowskiej, Kazimierza Ajdukiweicza, Mieczysława Wallisa.

Książki mają trafić do osób, które wyrażą chęć nieodpłatnego przejęcia w ramach wymiany bibliotecznej, a pozostała część księgozbioru bibliotek ma zostać zutylizowana.

W obronie księgozbioru stają także sympatycy biblioteki. Jeden z nich, który jest również pracownikiem biblioteki zaznaczył, że „oficjalne działania w obronie księgozbioru, podejmowane przez pracowników Połączonych Bibliotek, są przyczyną licznych szykan, represji, upomnień i nagan, wręczanych nam przez naszego obecnego zwierzchnika Biblioteki, Michała Chlebickiego”. Dodał również, że „Tytuły przeznaczone do selekcji mają zostać zniszczone, z powodów które nie zostały nam ujawnione”.

Zorganizowano także debatę, na którą zostali zaproszenie przyjaciele i sympatycy biblioteki oraz przedstawiciele Wydziału Filozofii i Socjologii UW, Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz Michał Chlebicki – autor kryterium selekcji księgozbioru.

Sam Chlebicki twierdzi, że „Witkacjana są bezpieczne” i wyjaśnił, że biblioteka ma otrzymać nową przestrzeń. „W tej chwili trwa remont pomieszczeń w podziemiach Pałacu Staszica, gdzie chcemy przenieść cenne, ale mniej używane tomy” – dodał. Nie zaprzeczył jednak, że zakładana „melioryzacja” księgozbioru połączonych bibliotek ma objąć 80 tys. woluminów. Podkreślił również, że listę dubletów i druków zbędnych sporządzono już dwa lata temu i że jest ona przesyłana i konsultowana z pracownikami naukowymi Wydziału Filozofii i Socjologii UW oraz IFiS PAN.

I cóż, po co czytać, po co „zaśmiecać” sobie głowę książkami nieprawomyślnymi, pozostawić tylko te, które podobają się obecnej władzy… Aż cisną się na usta słowa Umberto Eco z Imienia róży… Kto nie wie jakie, niech przeczyta, może wreszcie zrozumie… W 1933 roku w Niemczech też nie rozumiano…

26 marca 2017

Człowiek kulturalny to człowiek, który wie jak się zachować, by nie sprawić przykrości innym, choćby różnili się od niego nie wiadomo jak. Żyjemy wśród ludzi, ale każdy z nas posiada własną kulturę osobistą, która pomaga nam w życiu. Dzięki niej ludzie postrzegają nas jako osoby mądre, potrafiące adekwatnie zachować się do sytuacji. Najważniejszym przejawem kultury osobistej jest szacunek do drugiego człowieka. Będąc osobami kulturalnymi nie pozwolimy sobie na poniżenie drugiej osoby, gdyż człowiek z faktu istnienia, że jest człowiekiem zasługuje na szacunek. Ważna jest również uprzejmość do ludzi. W życiu staramy się być uprzejmi i to pomaga nam zachować pozytywne kontakty z innymi i ich sympatie.

Czy rzeczywiście kultura osobista człowieka pomaga mu w życiu, czy może jest niepotrzebna. Wiadomo, że kultura osobista to nasz „wewnętrzny głos”, który mówi nam jak zachować się w danej sytuacji. To także nasz wygląd i dbanie o zdrowie swoje i innych. Kultura człowieka pomaga mu w życiu codziennym. Dzięki niej inni widzą nas jako osoby mądre. Można powiedzieć, że nasze zachowanie jest własną „wizytówką”, bo przecież kultura osobista to nie tylko nienaganne maniery, ale również wysoki poziom edukacji ogólnej i logicznego myślenia. A przemawia za tym wiele różnych argumentów.

Po pierwsze kultura osobista to inaczej nasza godność. To właśnie własnym zachowaniem reprezentujemy siebie. Jeżeli zwracamy się do kogoś w sposób kulturalny możemy oczekiwać również kulturalnej odpowiedzi. Forma naszego zachowania i wypowiedzi świadczy o naszym wykształceniu. Odpowiednie, kulturalne zachowanie oznacza, że „coś sobą reprezentujemy”. Nie zapominajmy o starym przysłowiu: „Jakim Cię widzą, takim Cię piszą”. Jesteśmy szanowani przez innych i łatwiej nam przychodzi wiele rzeczy, ponieważ inni liczą się z naszym zdaniem i uważają nas za osoby na tzw. wysokim stanowisku i poziomie.

Nasze normy zachowania unaoczniają warunki, w jakich dorastaliśmy. Przedstawiają w pewnym stopniu naszą rodzinę, dom oraz atmosferę, jaka w nim panuje. Jeżeli zauważymy źle wychowane dziecko, to myślimy właśnie o rodzicach, którzy je wychowali. Nikt z nas przecież nie chce, aby ktoś obcy źle wyrażał się o naszych rodzicach. Nie powinniśmy więc kalać dobrego imienia naszego i przede wszystkim naszej rodziny. Nie zapominajmy więc o tym, że czasami zdarza się, iż kultura osobista jest jedyną rzeczą jaką mamy. Nikt nie może nas jej pozbawić. Nasza godność jest faktem istnienia naszej osoby. Nawet jeśli wszystko utracimy, ona zawsze pozostaje.

Dlaczego więc tak wiele młodych osób w dzisiejszych czasach zapomniało, czym jest kultura osobista? Odpowiedź na pytanie zdaje się być dość prosta: bo młodzi ludzie czerpią wiedzę o niej z najgorszych wzorców, z jakimi się spotykają. A zaczyna się wszystko od domu rodzinnego, gdzie najbliżsi mają największy wpływ na przyszłe zachowania swoich pociech. Następnie szkoła i tutaj też nie zawsze jest tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Największy i najbardziej negatywny wpływ na zachowania społeczne mają: telewizja i osoby publiczne, w tym politycy. To właśnie od nich płynie najwięcej „złego promieniowania”. Ich ciągłe kłótnie, chamskie zachowania, odzywki, niczym meneli spod budki z piwem, dają asumpt do tego, abyśmy i my korzystali z tych niewyszukanych form dyskusji społecznej. Kiedy ostatnio śledzi się poziom dyskursu politycznego w naszym kraju, to ogarnia przerażenie.  Prezydent, premier, ministrowie, posłowie prześcigają się we wzajemnym opluwaniu.

Zgorszenie zalewa cały kraj. Wzajemne oczerniania i oskarżania stały się głównymi punktami wszelkich programów informacyjnych. Najgorsze jest to, że głównym aktorem tych żenujących widowisk staje się głowa państwa. Zastanawiałem się wielokrotnie, jak daleko powinien posunąć się prezydent w swoim zachowaniu. Jak powinni postępować: premier, ministrowie, posłowie bez mała czterdziestomilionowego kraju, w głoszeniu tak chamskich i kłamliwych opinii? Otóż dla „dobra kraju” pewnie nieskończenie, ale przecież są inne metody, porządkujące zachowania wielu Polaków, nie tylko tych z pierwszych stron gazet. Jednak żeby móc to robić, najpierw samemu trzeba osiągnąć pewien poziom kultury osobistej, a ta – najwyraźniej – nie jest mocną stroną „naszych wybrańców narodu”. Nie dziwmy się więc później, że z tą kulturą osobistą w narodzie nie jest dobrze.

Gdybyśmy dokładnie i szczerze przeanalizowali własne zachowania, to musielibyśmy z zawstydzeniem schylić głowy. Niestety, to my, dorośli, odwodzimy młodych ludzi od grzeczności. Najprościej jest narzekać na współczesną młodzież, a tak trudno włączyć się czynnie w nauczanie dzieci prostych form kulturowych i okazywania wzajemnego szacunku. Dzieci nie rodzą się z zakodowanym wulgarnym słownictwem, chamskim zachowaniem czy kłótliwością. Od kogoś muszą się tego nauczyć i gdzieś to podpatrzeć. Przynajmniej w szkole i we własnym domu starajmy się postępować tak, jakbyśmy chcieli, żeby młodzież postępowała z nami. Pamiętajmy, że „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Cytat ten dedykuję tym, którzy na lewo i na prawo szafują wszelkimi górnolotnymi sformułowaniami, których często sami nie rozumieją.

Wychowanie to długotrwały i skomplikowany proces, na którego przebieg wpływa szereg czynników wzajemnie warunkujących się, działających w różnych powiązaniach i współzależnościach. Niestety, trzeba jeszcze o tym wiedzieć…

20 marca 2017

Zmarł Chuck Berry… Amerykański pionier rock’n’rolla. Miał 90 lat. Był kompozytorem piosenek, wokalistą i gitarzystą. W 2003 roku został umieszczony na 6. miejscu listy 100 największych gitarzystów wszech czasów magazynu „Rolling Stone”. Najbardziej znane przeboje Chucka Berry’ego to: „Roll Over Beethoven”, „Back in the U.S.A.”, „Johnny B. Goode”, „Rock and Roll Music” i „You Never Can Tell”.

Czemu o tym piszę? Przecież było więcej artystów o bardziej głośnych i nośnych nazwiskach. No tak, ale Chuck Berry to postać wyjątkowa. Zanim zaczął karierę w muzyce zajmował się rozmaitymi rzeczami – był stolarzem, fotografem, dozorcą czy fryzjerem. W wieku kilkunastu lat miał też na koncie pierwsze zatargi z prawem – m.in. skierowanie do poprawczaka za napad z bronią w ręku. Później wielokrotnie stawał przed sądem za różnego rodzaju przewinienia, począwszy od oskarżeń o czerpanie korzyści z prostytucji, a na unikaniu płacenia podatków skończywszy.

Jego sposób gry na gitarze zrewolucjonizował muzykę rockową, a mnóstwo napisanych przez Chucka Berry’ego piosenek to kanon gatunku. Artysta był też doskonałym showmanem i również pod kątem występów przed publicznością jego podejście było nowatorskie. Podczas gdy większość artystów w drugiej połowie lat 50. głównie stała i śpiewała do mikrofonu, Berry szalał ze swoim wiśniowym Gibsonem, grając solówki w tzw. kaczym chodzie. Obserwował publiczność uważnie i starał się robić wszystko, by doprowadzić ją do ekstazy.

Mało kto miał taki wpływ na rozwój muzyki rock and rollowej, jak właśnie Chuck Berrry.

Alice Cooper napisał, że zmarł twórca brzmienia rockowego, a świat rocka stracił właśnie ojca, a Bruce Springsteen, słynny amerykański gitarzysta, piosenkarz i kompozytor, że Chuck Berry był najlepszym muzykiem rockowym w historii.

Kiedy umiera jakiś znany artysta muzyczny zawsze mam dziwne uczucie, że odchodzi ktoś, kto chociaż próbował poszukiwać czegoś nowego. A Chuck Berry poszukiwał – brzmienia, sposobu gry, ruchów, zachowania na scenie, wokalu…

Głos Chucka Berry’ego przetrwa miliardy lat. Bowiem jego piosenka jest na złotej płycie, którą to dołączono do sondy Voyager i Pioneer… Sondy te przemierzając wszechświat, może zostaną znalezione przez inne cywilizacje kosmiczne. To taki nasz ziemian sygnał. Może „ufoludki” znajdą, przesłuchają Chucka i powiedzą: Musimy się tam na Ziemię udać. Niezły czad tam dają

Rock and roll umiera. Umiera wraz ze swoimi gwiazdami i z tymi, którzy je słuchali. Ci wszyscy wykonawcy ze starych dobrych lat, wychodzili i po prostu grali, po prostu śpiewali. Nie było playbacku. Nie zazdroszczę Amerykanom aut i Amstronga w kosmosie czy Grand Kanionu, zazdroszczę im muzyki z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zazdroszczę im jazzu, bluesa, rhythm and blues, rock end rolla czy muzyki soul. To była niezła jazda. A u nas był Gomułka. Potem był Gierek, a tam stał się cud… To trzeba było przeżyć i tyle.

Reklamy