Krytyka

 

Nie wyrosłem między stołem a krzesłem

„Kiedy twórczość młodych poetów, startujących jeszcze w latach 60. musiała przejść w następnej dekadzie przez osobliwą kwarantannę, przeżyć zimny prysznic ocen nie zawsze wyważonych i sprawiedliwych, przejść przez pierwszą próbę historycznej weryfikacji – wiele karier literackich załamało się, wiele piór zostało złamanych lub nadłamanych. W tym niesprzyjającym czasie poezja Jerzego Górzańskiego stale awansowała, zapewne dlatego, że autor ów miał elementarną świadomość prawdziwych powinności literatury” – pisał o Jerzym Górzańskim Krzysztof  Mętrak w 4 numerze „Poezji” z 1989 roku w szkicu pt. „Strefy aktywności”.

Kim tak naprawdę jest autor wydanego w 1985 roku Świętego brudu, jednej z najważniejszych książek poetyckich wydanych w Polsce po wojnie? Mit nie jest tu żadnym kluczem do tej poezji, choć w przypadku Górzańskiego ma znaczenie ważne. Bo jak można inaczej powiedzieć, jeśli autor swojego debiutanckiego tomiku otwiera ten tomik wierszem (Ars poetica) o sztuce poetyckiej, a na dodatek stanowi on swoiste motto dla jego dalszych poczynań pisarskich. Początek tego niesamowitego wiersza, zaczynającego się od słów: „Nie wyrosłem między stołem a krzesłem”, pokazuje wyraźnie, że poeta wychowany na historii greckiego dramatu, i któremu przyszło żyć w epoce dominacji totalitaryzmu, nie będzie mógł łatwo identyfikować się z zastaną rzeczywistością. Górzański pisze o tym dalej: „wyrosłem z tego krańca, gdzie teatr wygnany przez ludzi”. A więc poeta wyrósł w świecie myśli i pojęć, często odległych od rzeczywistości postrzeganej zmysłami, a więc na obszarze, gdzie przeszłość kulturowa nie jest mile widziana. To dziwne, acz prawdziwe, że uwarunkowania środowiskowe, skłoniły poetę do obcowania ze swoją sztuką w samotności. Lekcje pobrane od filozofów i artystów doby nowożytnej: wyobraźni Kanta, wizji Blake’a, suwerenności wobec natury francuskich surrealistów Pouge’a, Supervielle’a i Saint-John Perse’a, starają się o tym mówić nadzwyczaj wyraźnie.

Szczególny stosunek przejawia Górzański do Henri’ego Michax. Język ma dla obydwu pierwszoplanowe znaczenie. Pierwsze słowa stają się powodem, hasłem wywoławczym, od którego zaczyna się poetyckie myślenie, a więc konstruowanie takiej sytuacji poetyckiej, która prowadzi zawsze do decydującego rozstrzygnięcia.

„Najpierw zdjął ze mnie skórę, a potem zaczął wykładać na stół,…
I w ten sposób straciłem przyjaciela”.

                                                                                  („Zawieranie przyjaźni”)

Inaczej zapewne potoczyłyby się losy Jerzego Górzańskiego, gdyby w porę nie zdołał obudzić w sobie antysamobójczego instynktu, z jednej strony oderwania się od grupy poetyckiej „hybrydowców”, a z drugiej wchłonięcia go przez coraz zdecydowaniej wkraczającą Nową Falę. Trzeba było przemówić wtedy całkowicie własnym głosem, zacząć pisać w imię racji najgłębiej osobistych i Górzański czyni to.

W 1973 roku wydaje tomik Kontrabanda. Poeta drwi w nim ze wszystkiego: ze sztuki i legendy, z twórców i krytyków, z ludzi i języka, i wreszcie z siebie samego. Pozostaje sam na placu boju. Nie wyjeżdża z kraju. Z nikim nie próbuje utożsamiać się. Świat zewnętrzny zostaje przyćmiony przez jego świat wewnętrzny. Dopiero w 1985 roku powrócił poeta tomikiem Święty brud. Powrócił i to jak. Pokazał wszystkim antagonistom, że Górzański jest w dalszym ciągu Górzańskim i że to oni, śmieszni interpretatorzy, są trzymani na muszce przez poetę, który wartościuje, a nie asekuruje, pokazuje, a nie czyni. Nigdy nie był egzekutorem, nigdy nie zarażał czytelnika najpiękniejszymi nawet obcojęzycznymi wtrętami. Zawsze był sam, z dala od innych, milczący, na uboczu, nawet wtedy, kiedy poznałem go w przepięknym, dostojnym i historycznym holu zgorzeleckiego Domu Kultury. Widziałem, że poznaję człowieka, który jest częścią historii współczesnej poezji polskiej. Teraz wiem, że tej lepszej jej części.

 

Na obraz i podobieństwo…

Bóg jest zwyczajny () – tak zaczyna jeden ze swoich wierszy Stefan Jurkowski, autor książki pt. Odezwa. I nie jest to wyznanie poety, który chciałby w sposób pretensjonalny zwrócić uwagę czytelnika na sprawy absolutu. Jest to raczej próba podjęcia dialogu o sprawach zwyczajnych-niezwyczajnych. W poezji Jurkowskiego Bóg jest dobry:

nie żąda poklasku
kościoły odwiedza rzadko
bo i tak zawsze jest u siebie

im bardziej nie mieści się w świecie
tym bardziej jest zwyczajny
i nie chce

by klękać przed nim.

To odważne wyznanie skłania nas do głębokiego zastanowienia się nad naszym życiem. Jurkowski prezentuje stwórcę jako »dobrego człowieka«, który swoim zachowaniem wskazuje nam jak mamy postępować. Bądź skromny, żyj w zgodzie z innymi »użytkownikami ziemi«, zdaje się mówić poeta. O tym jak jesteśmy postrzegani zaświadczają nasze różne czyny i kontakty z innymi mieszkańcami ziemskiego padołu. Najgorzej ta konfrontacja wypada z samymi ludźmi:

nie jestem przyjacielem ludzi
którzy obsiedli ziemię jak robaki trupa
w aureolach zatrutego powietrza obnoszą
swoją wyższość
a to tylko najpodlejszy gatunek małp
które z pogardą oblewa pies (…)

Bycie dobrym człowiekiem, jest w dzisiejszych czasach sprawą niezwykle trudną. Często łatwiej jest zaprzyjaźnić się z przyjacielem-psem, kotem lub innym zwierzęciem, niż znaleźć prawdziwą przyjaźń u drugiego człowieka, często czyhającego na nasze podknięcia, które wykorzysta z całą stanowczością. Daje temu dowód, »kanonizując niemal« świat zwierząt:

(…) wilk – mój przyjaciel – nie zagryza nikogo
bo jest świętym którego nie kanonizują
koń jest męczennikiem krowa wyznawczynią
i męczenniczką
modlę się do nich i przepraszam
że spożywam ich mięso – jednoczę się z nimi
w rajskim świecie creutzfeldta-jacoba.

Co więc musiało nastąpić w historii rozwoju człowieka, że nastąpiło tak ogromne przesilenie w stosunkach międzyludzkich? To samolubstwo, głębokie przekonanie o nieomylności homo sapiens.

Tak naprawdę to poeta podążą śladem dawnych myślicieli podążającym ku nieznanym brzegom, na których chce znaleźć odpowiedź na nurtujące od wieków ludzkość pytania:

w języku powietrza i wody

słowami światła milczenia i ciemności
szumu drzew i skrzydeł owadów
toczy się odwieczna rozmowa

starsza niż policzalne znaczenia
uwięzione w traktatach i słownikach
samozwańczych monopolistów Słowa (…)

Poeta z pokorą przyjmuje wyzwania stawiane mu przez Stwórcę – wierzy w uzdrawiającą moc Słowa, ale i zdarzają mu się momenty zwątpienia, co czyni jego poezję bardziej ludzką, a przez to wiarygodną:

czy bóg istnieje – nie wiem
jaki jest jeśli jest – nie wiem
czy początek i koniec to jedno
– nie wiem (…)

Poezja Stefana Jurkowskiego to obrazy rzeczywiste i jednocześnie podobieństwa tych obrazów do różnych sytuacji życiowych, o których poeta pisze z wielką żarliwością. Odezwa jest głosem Stefana Jurkowskiego w obronie wartości nieprzemijalnych, tych które podrywają do działania, które spowodują, że człowiek będzie jeszcze chciał rozmawiać z drugim człowiekiem. Ale to zależy już tylko i wyłącznie od nas samych… Czeka nas długa i ciężka praca.

_________________

Stefan Jurkowski, Odezwa. Projekt okładki: Studio Graficzne AULA. Wydawnictwo AULA, Podkowa Leśna 2002, s. 58.

Najdłuższa podróż Barana

Jerzy Pilch ogłosił światu, że wydarzeniem literackim w 2002 roku w kraju nad Wisłą jest książka młodziutkiej Doroty Masłowskiej „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie wielokrotność powtarzania tego faktu w wielu periodykach i różnych programach telewizyjnych. Szkoda, że Jerzy Pilch, którego zresztą cenię, tak bardzo zaangażował się w promowanie książki miernej. Nie miał przez to czasu, aby zająć się twórczością innych i nie dostrzegł, że w roku 2002 ukazało się całe mnóstwo lepszych książek od dresiarskich wynurzeń nastolatki.

Jedną z takich książek jest Najdłuższa podróż Józefa Barana – wybitnego krakowskiego poety i publicysty. Ogólna fascynacja książką Masłowskiej spowodowała, że to znakomite dzieło Barana jakoś przeszło w Polsce bez większego echa. Nie wiem, czy jest to spowodowane tylko i wyłącznie jakimiś dziwnymi trendami panującymi obecnie w naszej literaturze, gdzie tak naprawdę nie liczą się faktyczne walory książki, tylko jakieś wyimaginowane opinie i chore układy.

Najdłuższa podróż jest książką wybitną! Ten niesamowity i wyjątkowy w swojej formie dziennik poety, będący rozrachunkiem z meandrami naszej współczesności, jest na tyle nowatorski, że przyciąga swoją uwagę zarówno czytelnika wyrobionego literacko, jak i osoby, które mają niezbyt częsty kontakt z literaturą. Co powoduje, że czytając ten niesamowity dziennik, czujemy się tak, jakbyśmy sami byli uczestnikami tych wszystkich wydarzeń opisanych przez Barana? Jest to przede wszystkim głęboka wiara Autora w zbawczą moc słowa pisanego. Książka ta, to nie tylko opis tych wydarzeń, które dla poety były ważne i wyryły głębokie piętno w jego życiu. Liryzm przekazywany czytelnikowi poprzez zapiski na kolejnych stronach dziennika powoduje, że czytając te niezwykłe dzieło zaczynamy się zastanawiać dokąd zaprowadzi nas autor w następnych rozdziałach dziennika. Tak rozdziałach, gdyż książka nie jest typowym dziennikiem. Część pierwsza – dziennik z lat 1998-2001 jest – moim zdaniem – najbardziej interesującym fragmentem, gdzie oprócz rejestracji dnia codziennego poety, mamy głęboką analizę jego stanu emocjonalnego. Proces zamykania pamięci na kartach dziennika, wychodzi daleko poza zwyczajowe przedstawiania faktów. Jest sposobem kształtowania kolejnych prokreacji literackich i głębokiej wiary w magiczną moc literatury. To bardzo rzadkie u poety doświadczonego i ważnego literacko. Współczesne życie twórcze skłania się ku pewności różnic, którymi chcemy imponować. Pragniemy również unikać negatywnych konsekwencji nowego tabu, jakim jest nadmiar komercjalizmu. Jak nie pozwolić, aby znowu nie wybuchnęło ze zdwojoną siłą? To najważniejsze myśli płynące z tej części Najdłuższej podróży Józefa Barana.

Trzeba uznać, że zasięg, intensywność i trwałość poglądów politycznych, i tych naturalnych poety, zmuszają do namysłu nad nowym, właściwym ujęciem tych kwestii… Czytając te zapiski trudno odmówić racji Baranowi, który nudzi się najwyraźniej wszelką małostkowością, pustosłowiem i zajmowaniem rzeczami nieistotnymi.

Gdzie więc szukać przyczyny tych zjawisk? Moim zdaniem, w światowym pędzie ku egzotyce, w gorączce poszukiwania oryginalności, w akceptacji złego gustu. A ponieważ wyniesiono na ołtarze sztuki kicz, różnych naiwistów, Baran przeciwstawia się tym tendencjom. Mówi, że głos należy zabierać tylko wtedy, gdy ma się coś ważnego do powiedzenia.

Druga część dziennika to podróże poety do miejsc magicznych, takich jak choćby dom szwedzkiego poety Tomasa Tranströmera i niezwykły wywiad z wybitnym poetą.

Reportaże z Kresów, z Cypru, z Ameryki i Australi – gdzie m.in. poeta występował na spotkaniu poetów polskich i amerykańskich oraz spotkań pisarzy z całego świata podczas Światowego Kongresu Poetów w Sydney były tylko pretekstem do niezwykłych, fascynujących i znakomitych opisów wielkich przestrzeni, którymi autor miał przyjemność delektować się.

Trzecią część baranowej podróży stanowią wstrząsające wiersze szpitalne, napisane w czasie walki poety z chorobą. Ukazują one jeszcze inny wymiar jego ziemskiej podróży. Ale ta podróż znacznie różni się od tych wcześniejszych. Dramatyzm płynący z tych wierszy wskazuje na to, jak silny musi być człowiek, aby godnie mógł walczyć o zachowanie wrażliwości – tak niezbędnej dla każdego poety. Józef Baran w swoich wierszach szpitalnych kreśli wizję człowieka zbudowanego na fundamencie wolności jednostki. Odpowiedź na pytanie skąd u niego taka siła i wola walki jest chyba zbędna. Zaświadcza o tym jego chłopski rodowód, miłość do tradycji, znajomość korzeni, z których wywodzi się jego ród. To wartości uniwersalne, których pielęgnowanie przez Barana widać nie tylko w tej książce, ale w całej jego dotychczasowej twórczości. Najdłuższa podróż jest tylko ukoronowaniem tego, co w jego twórczości było najcenniejsze. Świadczy o tym także okładka, gdzie na tle pochmurnego nieba, wdrapują się na wzgórze bociany, aby szykować się do odlotu. Czeka ich długa podróż, podróż, która będzie obfitować zapewne w wiele niespodzianek, czasami tragicznych. Te szykujące się do odlotu polskie bociany są symbolem odrodzenia, bo przecież na wiosnę powrócą do swoich rodzinnych gniazd, zapoczątkują nowe życie. One również odbędą najdłuższą podróż, aby powrócić, dać nadzieję, tak samo jak daje nadzieję Józef Baran w swojej niezwykle mądrej i bardzo ważnej dla Polaków książce.

_____________

Józef Baran, Najdłuższa podróż. Na okładce reprodukcja obrazu Bronisława Chromego. Wydawnictwo Nowy Świat, Wydanie I, Warszawa 2002, s. 238.

Demoniczne listy do Bereniki

Tadeusz Zawadowski, poeta, krytyk literacki, animator zdarzeń literackich w Zduńskiej Woli. Jest współzałożycielem Klubu Literackiego „TOPOLA”, redaktorem serii wydawniczej „Biblioteka Topoli”. W 1992 roku został przyjęty do ZLP. Należy on do nielicznego już grona ludzi pióra, dla których samo pojęcie poetyckości jest najważniejszą rzeczą na pod słońcem. Daj Boże, żeby każdy poeta poświęcał tyle czasu literaturze, a przede wszystkim innym ludziom spod znaku poetyckigo pegaza, co Tadeusz Zawadowski. Czasem odnosi się wrażenie, że nie widzi on nic poza społeczną, nie pozbawioną sensu, pracą. Zresztą wydaje mi się, że ta praca na rzecz innych jest głównym motorem napędowym jego poezjowania. Nie próbuje robić nic na siłę. Zawsze delikatnie proponuje, doradza, często krytykuje… Ale jego krytyka jest z góry zaplanowana, a opinie wyrażone i sprawiedliwe – twierdzi, że na wszystko jest zawsze czas.

W ilu konkursach brał udział, ilu konkursów jest laureatem, w ilu antologiach znalazły się przez te minione 13 lat, wie tylko on sam.

W 1987 roku wydaje swój debiutancki tomik poezji Fotoplastikon. Kiedy czyta się wiersze zamieszczone w tej książce nagle jawi nam się człowiek niesamowicie zbuntowany przeciwko całemu światu:

często słucham

muzyki Chopina
nastawiam płytę włączam
gramofon
na cały regulator
słyszę
jak sąsiad regularnie
wali
pięścią w ścianę

Ale nie jest to zwyczajny bunt młodego człowieka przeciwko jakimś przyziemnym sprawkom, to protest, protest przeciw upadkowi kultury. Poeta już wtedy chce naprawiać to, co zniszczyli przed nim inni. Upadek moralny zaczyna się od upadku dóbr kultury, dlatego w tej pracy u podstaw nie ma miejsca na tandetę. Dlatego jest Chopin, dlatego pamięć, dlatego nie ma prymitywizmu pop-kultury.

Poeta mówi, że jeśli pamięć nie będzie pielęgnowana, jeśli nie będzie ustalana na nowo, jeśli ją wytrącimy z naszego życia, to narodom grozi upadek kultury. Narody, które nie mają kultury, nie mają tożsamości. Dlatego Zawadowski, jako poeta, jest strażnikiem wartości nieprzemijalnych… Kiedy pisał ten pierwszy tomik jeszcze tego nie wiedział, bo dopiero następne książki pokazały to w całej okazałości.

W 1991 roku Tadeusz wydaje swoją drugą książkę Witraże, a rok później Demony. Książki te należy omówić razem, ponieważ łączy je niewidzialna nić przeżyć metafizycznych poety, dla wielu ludzi zupełnie nieosiągalnych, a które są zapowiedzią czegoś nie z tego świata. Książki ukazują fascynacje autora metafizyką i filozofią. Demony zła, demony nijakości i obojętności mieszają się nam w witrażach demonów dobra, które otwierają bramy niebios, gdzie spacerują kobiety z obrazów Gaugina, zbierające owoce rajskich jabłoni. Zawadowski chciałby je ukrzesłowić, ale nie może, bo zauważył, że zabrakło miejsca pod białymi ścianami naszych pustych domów. Dlatego to wszystko dzieje się jakby w starym fotoplastikonie, gdzie wszystko jest takie ładne, ale takie samotne.

Czwarta książka Przedrośla z 1994, to wybór wierszy z lat 1973-1993. Tomik ten pokazuje nam Zawadowskiego, jako poetę w całej okazałości. Mimo że jest to wybór, właśnie ta książka unaocznia ogromne więzi poety z kulturą. Życie w wierszach Zawadowskiego jest trudne, pełne, krzywd i lęków, ale bez kultury byłoby jeszcze gorsze.

Wreszcie w 1995 roku ukazują się Listy z domu wariatów, książka jakich jest mało we współczesnej polskiej poezji. Ta książka, to zapis stanów ducha poety, który balansuje na granicy między jawą a snem, między metafizyką a realnością, w końcu między życiem a śmiercią. Rzadko zdarza się, aby poeta tak szczerze mówił o sobie, kiedy próbuje opowiedzieć innych kolegów-poetów i zwykłych ludzi:

piszę do ciebie który także ślesz listy
– do umarłych poetów
wszyscy jesteśmy poetami
a od nas samych zależy na ile martwymi

podróż miałem dobrą wszyscy przeżyli
nikt nie skarżył się na zawał wiersza
– a może oni nie wiedzą że są chorzy na poezję –
lekarze przepisują takie gorzkie cukierki
a nigdy kawałka papieru albo długopisu
– muszę je kupować za pełną odpłatnością
a podobno leki podrożały (…)

Jaki jest Zawadowski jako poeta? Jego nieposkromiona dusza podpowiada mu, co pisać w danej chwili. Chociaż poeta nie trzyma się trendów i mód, pisze on zawsze z dużym wyczuciem sytuacji. Większość jego wierszy z tej książki, to niesamowite relacje z zakątków świadomości osiąganych tylko przez nielicznych. Właśnie to bogactwo przeżyć stawia Zawadowskiego w szeregu najlepszych poetów metafizycznej podświadomości:

 w moim pokoju powieszono Chrystusa
współlokator mówi
że pamięta jak przybijano go do krzyża
przed setkami może tysiącami lat
– zawodzi go pamięć –
ludzie podchodzili z konwiami
czerpać krew – na relikwie –
– wtedy powstało morze czerwone (…)
 

Dlaczego powstały te wiersze? Myślę, że wszystko to dzieje się za sprawą miłości Zawadowskiego do literatury, do poezji w szczególności. Miłość w dążeniu do doskonałości poetyckiej wytwarza w ludziach geny emocjonalnego, pozytywnego oddziaływania na środowisko.  Dzielenie się swoimi doświadczeniami, przeżyciami z innymi może tylko wzbogacać –

miałem atak – ściany wyglądają jak gazeta
tyle na nich znaków
których nie potrafię odczytać

był u mnie człowiek o pulchnych dłoniach
długo czytał moje wiersze
mówił że powtórzy je Bogu
nie wiem czy mu wierzyć
bo kazał mi przestać pisać

Wiersze Zawadowskiego z książki Listy z domu wariatów są takie, że poeta chce przeżyć siebie. To pewna forma nadegoizmu, ale tego dobrego, bo jeśli przez swoje wiersze da komuś cokolwiek i sprawi tym frajdę, to w gruncie robi to dla siebie. Nie narzuca swojego pisania innym, ponieważ jemu wystarcza bycie poetą.

Tomik O Elizabeth, Berenice i jeszcze innych kobietach (z 1997 roku) jest książką niezwykle interesującą, którą zafundował sobie autor na swój benefis – 10–lecia twórczości. Można zastanawiać się dlaczego właśnie taką? Przede wszystkim dlatego, że Zawadowski nigdy nie traktował poezji instrumentalnie. Na taki jubileusz żadnych antologii, żadnych składanek. Po prostu normalna książka o kobietach, bo jak pisze w jednym z wierszy:

mężczyzna nie może żyć
tylko w poezji…

Nie łatwo jest pisać o poezji, ale autor łatwo radzi sobie z tematem doskonale. Są w tej książce wiersze o kobietach jego życia: o znajomych, koleżankach, heterach, kobietach wiernych i tych, które widzi tylko w swojej wyobraźni, których nie może dotknąć. Rzadko czyta się książki poetyckie, które mogą sprawiać tyle przyjemności, rzadko czyta się książki poetyckie, które powodują, że trochę inaczej zaczyna patrzeć się nie tylko na kobiety…

Tadeusz w wywiadzie udzielonym mi w lipcu 1997 roku powiedział o kobietach: temat kobiety w literaturze, to poważna sprawa. Chyba nie ma mężczyzny, który nie pisałby o kobietach. Pisanie o nich daje nam, mężczyznom, możliwość delikatniejszego, przychylniejszego spojrzenia na nie. Ponieważ kobiety z natury są delikatniejsze od nas, to pisząc o nich, sami uczymy się wrażliwości.

Ale jednak są w tych wierszach nasze nienazwane lęki, obawy, gdzie kobieta jest uosobieniem pewnej niewiadomej. Poeta chciałby tę kobietę uładzić, wyciszyć, czy w końcu nazwać. Jednak boi się, aby nie zrobić jej przy okazji krzywdy. Ciepło i nastrój, które płyną z tych wierszy zdają się potwierdzać te tezy. Autor mówi dalej:

Poetą jest się nie tylko poprzez słowo zapisane, ale jest się nim poprzez swoje życie. […] Takie bywanie na siłę, to tak, jakby człowieka wyrwać z korzeniami i postawić w innym miejscu, i powiedzieć: teraz jesteś drzewem, a za chwilę będziesz ptakiem. Nie można tak. Bycie poetą jest przypisane do człowieka. Jest to i wrodzone, i nabyte, i nauczone. Od tego nie można się oderwać. Tego nie można rzucić jak płaszcz lub czapkę i powiedzieć – teraz jest koniec.

Jaka więc jest poezja Tadeusza Zawadowskiego? Jest artystyczną próbą komunikowania się poety ze światem, próbą jakiejś więzi, łączności. Tę więź pozyskuje na różne sposoby. W wierszach Tadeusza dominuje lęk przed światem lub też lęk przez świat podawany poecie, jako przemożne uczucie egzystencjalne i jako świadomość, która towarzyszy nie tylko temu jednostkowemu życiu. Te wiersze są pisane po to, żeby powiedzieć:

Boję się żyć, moja obecność na ziemi jest patologicznie strachliwa. Budzę się z krzykiem! Jest mi nie po drodze, po której poruszają się ludzie.

To główne credo tej poezji, w której dużo jest momentów traktujących o nocnych koszmarach i budzeniu się z krzykiem.

Dobitnie mówi o tym poeta w swoim ostatnim tomiku Krajobraz z kroplą w tle. Ta książka to jeden wielki motyw obłaskawiania strachu. Spowodowanie takiej sytuacji egzystencjalnej, która pozwoli pozbyć się sytuacji stresowej. Ja wiem, że to się zdarzyć nie może, ale dla przeciętnego czytelnika jest to możliwość zastanowienia się nad tym faktem.

Drugą najważniejszą rzeczą w tej książce, to kwestia metafory. Zdarza się, że czytając wiersze zapominamy o nich. Ale zostaje nam w pamięci metafora, która jest sprawdzianem na wyobraźnię poetycką. W tej poezji Zawadowskiego jest dużo takich metafor, które na długo zostają w pamięci. Np. metafora dotycząca strachu przed wypadkiem samochodowym:

gwałt dokonany w czarnej pościeli asfaltu.

Tadeusz Zawadowski jest poetą kultury. Jest to specyficzne uzależnienie od niej, bo poeta nie jest piewcą kultury, tylko klęczy i sławi wielkość przeszłości, i uzależnia całą współczesną małość od tego wszystkiego, co przed nią było.

Nie ma odległych miejsc

Współczesna poezja tak bardzo zaczyna odchodzić od historii. A to znaczy, że młodzi autorzy nie znają swoich korzeni – niektórzy nawet twierdzą, że do niczego nie są im one potrzebne. Poglądy to przerażające, gdyż prowadzą donikąd.

Coraz trudniej we współczesnej literaturze, a w poezji szczególnie, znaleźć autora, dla którego własna przeszłość jest elementem życia innych ludzi, a ich życie, ważnym elementem istnienia twórcy.

Adam Szyper polski poeta mieszkający na stałe w USA, zdaje się o tym nie tylko pamiętać, ale ma w sercu to szczególne przesłanie. Tak, przesłanie, gdyż rzadka to umiejętność pogodzenia ze sobą intuicji poetyckiej z tym, co otrzymujemy od Stwórcy. Poeta opublikował w ubiegłym roku dwie niezwykłe książki – wybór własnej poezji pt. Życie pod prąd i Wszystkie głosy w jednym – wiersze Maulana Dżalal ad-Din Rumiego (obszerna publikacja miała miejsce w „Gazecie Kulturalnej”, nr 7–8/2001), jednego z największych mistyków perskich (obecny Afganistan) i największego poetę sufizmu, który żył w najkrwawszym okresie historii Persji. To właśnie wtedy – na tle niepojętego cierpienia, strachu i nienawiści – Rumi pisał o ogólnej miłości i tolerancji. Minęło prawie siedemset pięćdziesiąt lat od śmierci Rumiego, a dzisiaj jego wiersze są nadal aktualne i ważne. Nie kto inny, jak tylko Adam Szyper mógł odnaleźć tę poezję dla siebie i przybliżyć ją nam, czytelnikom. Mógł to zrobić tylko człowiek, który w swoim życiorysie ma najgorsze doświadczenia XX wieku i człowiek, dla którego stało się to harmonią codzienności i dobroci. Tak może postąpić tylko ktoś bardzo mądry.

Adam Szyper jest świadom tego, że dane mu było zwycięsko przejść przez piekło Holocaustu i wie, że zło nigdy nie jest tylko i wyłącznie przypisane do jednej nacji, do jednej rasy ludzkiej. Żeby być złym, można być i Niemcem, i Polakiem, i Żydem, i Arabem, i każdym innym… Zło nie leży pod określoną szerokością geograficzną. Ono jest w każdym z nas albo go po prostu nie ma. Nawet czas, który często jest naprawiaczem cywilizacyjnych komplikacji, nie zawsze zaszywa rany przesiąknięte ludzką głupotą.

Czy można polemizować z taką poezją? Dla ludzi młodych, pozbawionych emanacji własnej przeszłości, jest to poezja, która nie wzbudzi oczywistości istnienia. Dla nich istnienie to ciąg deprawacji, nałogów, rozwiązłości, buty, arogancji, nieuctwa i przyjemności. Historia – to dla nich zapiski na pożółkłych kartkach. Dlaczego tak się dzieje? Bo młodzi „poeci” mają swoją młodość, a Adam Szyper miał w tym miejscu Oświęcim, inne obozy koncentracyjne i wygnanie do Izraela. Te przeżycia spowodowały, że Adam Szyper stał się człowiekiem o uniwersalnych poglądach i taką stała się jego poezja, pełna subtelności, prawdy i mądrości.

Czy łatwo jest żyć mając za sobą taki bagaż doświadczeń i tak niczym nieskrępowane poglądy? Oczywiście, że nie, tym bardziej, że pisarz wcale nie chce się nikomu przypodobać. To rzadki dar, ale poecie trudno jest funkcjonować w takim społeczeństwie…

Okazało się że jestem diabłem
A myślałem że jestem człowiekiem
Bo lubię dzieci ludzi i zwierzęta
Rzadko żądam oko za oko
A na wzruszających filmach płaczę.

(…)

Czemu nie pozwalają mi spokojnie
doglądać
Moich ruin prochów i cmentarzy.
Czemu nie pozwalają mi się cieszyć
Nimi i ich trudnym życiem.
Czemu nie chcą bym z nimi czekał
Na naszą wspólna lepszą przyszłość?

Tak może pisać tylko poeta romantyczny, wrażliwy. Zdaje się on krzyczeć, że dość już poglądów nacjonalistycznych i ortodoksyjnych. U progu XXI wieku jego głos o świat szczęśliwy jest jak najbardziej potrzebny. Ale żeby móc tak mówić, trzeba być samemu bez jakiegokolwiek żalu, dlatego Adam Szyper nikogo nie oskarża, o los, który mu kiedyś zgotowano:

Stutthof 1994

Beztroskie światło zalewa
Piece i Bramę Śmierci
Lecz nic nie wskrzesi popiołów.
Po pięćdziesięciu latach
Wciąż żywy
Stoję w komorze gazowej

A świat dużo się nie zmienił
Zmieniają się tylko miejsca i ofiary
I ich krzyk się nie zmienił
I nie zmienił się kolor krwi
Którą podlewano róże Stutthofu
I nie zmieniło się milczenie świata.

Poeta, nieobojętny na sprawy współczesnego świata, niejako w uzupełnieniu do swojej twórczości, pięknie przetłumaczył niezwykłe wiersze Rumiego, perskiego mistyka. Czy to nie jest niesamowite, kiedy dobry Żyd tłumaczy dobrego Araba? Jeden i drugi żyli w trudnych czasach, jeden i drugi ocierali się o śmierć, krew i nienawiść. To przykład pewnej ponadczasowej symbiozy, to przykład wiary w człowieka i jego przyszłość, to przykład trwania dzięki znajomości swojej historii, swoich korzeni i człowieczeństwa.

Adam Szyper wierzy w człowieka, bo człowiek pomimo całej swojej historii dużo się nie zmienił i zapewne nie będzie się aż tak bardzo zmieniał w następnych pokoleniach, gdyż:

Nie ma odległych miejsc

Jeśli istnieje ktoś kto o tobie myśli
Jeśli wiesz, ze ktoś o tobie myśli
Jeśli niebo, które dzieli
Jest tylko przestrzenią, która łączy…

________________

Adam Szyper, Życie pod prąd. Redaktor serii: Kamil Witkowski. Korekta: Anna Szymanowska. Projekt okładki: Agnieszka Herman. Wydawnictwo „Nowy Świat”, Warszawa 2002, s. 184.

Maulana Dżalal ad–Din Rumi, Wszystkie głosy w jednym. Przełożył i wstępem poprzedził: Adam Szyper. Redaktor serii: Kamil Witkowski. Projekt okładki: Agnieszka Herman. Ilustracje: Mohammad Tajvidi. Wydawnictwo „Nowy Świat”, Warszawa 2002, s. 80.

Kobieta zmienną jest

 Fotografowanie zazwyczaj kojarzy nam się z miernym aparacikiem (tzw. „idioten-aparaten”), przy pomocy którego próbujemy uchwycić w obiektywie chwile dla nas bardzo ważne. Po latach, z łezką w oku, będziemy odgrzebywać zakurzone albumy i oglądać stare fotografie – nasze przygody na wakacjach, imprezach rodzinnych itp.

Jednak mało kto wie, że fotografia, to sztuka, i to sztuka bardzo elitarna. Oprócz daru cierpliwości, potrzebny jest zmysł obserwacji. I oczywiście wysokiej klasy sprzęt fotograficzny. To wszystko ma Michał Bukowski, polski fotografik i poeta, mieszkający na stałe w Wiedniu. Kiedy pod koniec lat 50., jako 10–letni chłopiec otrzymał swój pierwszy w życiu aparat fotograficzny – starą „Agfę” – nie przyszło mu zapewne do głowy, że w roku 1997 jedna z jego prac zostanie przyjęta do amerykańskiego rocznika „Best of Photography 1997”.

Przez wszystkie kolejne lata Bukowski uczy się, rejestruje w Bejrucie i Damaszku znaki nadchodzącej tam wojny, przedstawia poetyckie impresje ze stolicy Łotwy – Rygi. Wystawia w Austrii i w Polsce, realizuje zlecenia firm na fotografię reklamową, opracowuje kalendarze, realizuje zlecenia dokumentacyjne. Rzuci w końcu fotografię dla innych żywiołów jego życia, ale nie na długo.

Od roku 1996 jest członkiem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego i nosi tytuł „Licencjata” – przyznawany przez brytyjskie Royal Photographic Society za poziom twórczości artystycznej. Od 1998 roku jest członkiem Łódzkiego Towarzystwa Fotogra­ficznego.

O twórczości artysty, w katalogu wystawy w Lesznie, prezes Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego, Adam Zieliński, pisze: W swojej pracy artystycznej Michał Bukowski z jednakowym uczuciem porusza się między graficznie stylizowanymi, czarno-białymi aktami a nasy­conymi pełnią silnych kolorów zdjęciami roślin. Z miast i ulic, które dane jest mu odwiedzać, rejestruje atmosferę, zaułki i cienie, u Ludzi, których portretuje, pokazuje ulotne nastroje.

Jako twórca Michał Bukowski jest skromny i wymagający – ze swoich prac nigdy nie jest do końca zadowolony, wszystko musi zgadzać się w nich co do najmniejszego detalu. Wielogodzinna praca nad jednym aktem w studio jest dla niego tak samo oczywista, jak długie oczekiwanie na odpowiednie światło w pochyleniu nad motywem natury.

W maju br. w Galerii Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego przy Piotrkowskiej 102 można było oglądać prace artysty. Na wystawie pt. Kobieta licznie zgromadzona publiczność podziwiała wspaniałe akty i portrety. Rzadko zdarza się, aby tego typu przedsięwzięcie kulturalne wyzwalało w odbiorcach tak zbieżne odczucia. Wszyscy zgodnie podkreślali – wspaniałe. Po wernisażu byłem w Galerii jeszcze dwa razy i dwa razy to samo – dużo zachwyconych ludzi.

Więc co było powodem tak dużego zainteresowania wystawą? Wydaje mi się, że dwie sprawy. Po pierwsze – pomysł połączenia aktów z portretami, a po drugie – miłość Bukowskiego do poezji – jego widzenie świata. Bo przecież tylko poeta może z takim zaangażowaniem ciągle powtarzać, że akty prezentują piękne ciało, a portrety ukazują niespokojne dusze. Fotografie Bukowskiego są dopowiedzią do jego wierszy. On wie, że w naszej ziemskiej wędrówce dusza i ciało to jedność. Przy czarno-białych aktach tajemniczość miesza się z bólem, a radość z najbardziej bezwzględnym uzależnieniem od światła. Właśnie światło pokazuje wszelkie niedoskonałości zarówno tworzywa (ciało), jak i fotografa (błędy oświetlenia), najbardziej bezwzględne w określaniu rzeczywistości – nie ma tu miejsca na żonglerkę nastrojem barwy, jest zawsze ta sama rozpiętość możliwości na drodze między czernią a bielą, są sztywne ramy warsztatu artystycznego. I w tych właśnie sztywnych ramach – artysta próbuje oddać piękno niewyrażalne, piękno nieuchwytne, piękno kształtów, które stanowi opakowanie dla ulotnej duszy.

Inaczej jest przy portretach. Fotografia kolorowa doskonale ukazuje ulotność duszy. Zdjęcia Bukowskiego pokazują, że dusza kobiety jest tak ulotna, że nawet frywolność barwy nie jest w stanie przybliżyć się do całej gamy nastrojów.

Akt i portret, ciało i dusza są konkretne, mieszczą się pomiędzy syntezą, między anonimowymi układami świateł i cieni, między ciałem odrealnionym w kierunku grafiki, a aktami konwencjonalnymi, z twarzą modelki, gdzie twarz uzupełnia emocje ciała. Prace Michała Bukowskiego ukazują różne techniki, różne punkty widzenia ciała, różny zakres emocji. Są oszczędne w techniki przekazu. Autor ma ogromny szacunek wobec światła, jako narzędzia, dzięki czemu szacunek wobec ciała i duszy rozkłada się równomiernie. A ponieważ dusza jest ulotna – twarze na ogół zakryte są kapeluszami, włosami, okularami przeciwsłonecznymi. Nieraz są nieostre, czasem pokryte szminką. To taki sztafaż, jaki kobieta stosuje, by uwypuklić i podkreślić swoją kobiecość.

Dzięki dużej wrażliwości artysty udało mu się stworzyć niesamowity obraz kobiety. A udaje się to tym nielicznym, którzy mają szacunek wobec piękna i jednocześnie niepoznawalności zjawiska, jakim jest kobieta. Szacunek wobec samej kobiety. Bo Bukowski wie, że piękno kobiecego ciała i tajemniczość jej duszy jest tak samo ważne dla życia, jak powietrze i woda. Bo kobieta według Bukowskiego to dwa żywioły, dwa światy, dwie natury.

Poeta, który pamięta

Literacka Łódź w ostatnim czasie nie może poszczycić się jakimiś nadzwyczajnymi osiągnięciami. No, może poza Sapkowskim i Strumykiem… Ale jak na prawie milionowe miasto, to chyba trochę za mało. Młodzi jakoś nie garną się do literatury, a ci którzy borykają się z literackim słowem pisanym, szukają dziwnych metod i sposobów, żeby wejść do parnasu nieśmiertelności. Na pewno nie sprzyja temu nowomowa, tak bardzo lubiana przez współczesnych poetów.

Z ogromną ciekawością wziąłem się za czytanie ostatnio wydanej książki poetyckiej nestora łódzkich literatów (ur. w 1920 roku), Tadeusza Chróścielewskiego. Mimo sędziwego wieku i niemocnego już zdrowia, zacny autor zadziwia nas coraz to nowymi książkami, a bogaty zestaw dorobku poetyckiego zwień­czył ostatnio tomem zatytułowanym Przypisani ziemi – przypisani niebu.

Jaka jest to poezja? Jak zwykle u Chróścielewskiego – bardzo osobista, patriotycz­na, obywatelska, a przez to bardzo polska. Dla łódzkiego poety ważne jest to wszystko, co jest mu bliskie: wielkie i znane miasta, ale również i małe miejscowości oraz wsie, które tak bardzo ukochał. Zresztą przewijają się one przez większość kart ostatniej twórczości poety. To tak jakby chciał powiedzieć nam, żebyśmy ratowali jeszcze to, co możemy uchronić od zapomnienia. Nawet najprostszy opis małego wiejskiego kościółka, czy wspaniałych, budowanych z rozmachem świątyń Sandomierza, Wilna, Warszawy jest taki sam. Bo dla Chróścielewskiego liczy się coś innego – miłość do wszystkiego, co bliskie każdemu człowiekowi przełomu XX i XXI wieku. Tak zawsze było w jego twórczości, a słowa Bóg, Honor i Ojczyzna wyznaczały kierunek drogi twórczej poety.

Tom Przypisani ziemi – przypisani niebu jest książką retrospektywną. Autor zamieścił w nim wiersze z różnych lat. Dzieli się z nami oso­bistymi tajemnicami i przeżyciami. Śmierć najbliższych znajduje swą tragiczną obecność na kar­tach tej książki. Poeta od dawna nie może pogodzić się z odejściem na „drugą stronę błękitu” swoich najbliższych i przyjaciół, a głównie córki, dlatego utrzymuje z nią intelektualną więź: Tu mówi ojciec – / Na miły Bóg / niech wiem / czyś wyzwolona / z przemocy klaustrofobii? / Czy bawisz się w chowanego / udając żeś / nie pod kamieniem / z danymi z biura ewidencji? […] Takich odniesień jest w tej książce więcej. Czytając lirykę Tadeusza Chróścielewskiego ma się wrażenie, że scenariusz rozwoju ludzkości zatrzymał się. Ale nie jest to zarzut, wprost przeciwnie, należy stwierdzić, że jest to szansa na lepsze poznanie człowieka, tak bardzo zagubionego we współczesnym świecie. Utwory te niosą czytel­nikom nieco światła, nadziei i wiary. Nie tylko w Boga, ale i w człowieka. Dają możliwość refleksji i chwilę na zastanowienie się nad swoim życiem.

W czasach, kiedy zaczynają nami rządzić elektroniczne środki masowego przekazu poezja staje się powoli reliktem przeszłości. Bo kto dziś czyta poezję – pytają poeci ma­rzący o sławie Miłosza, Różewicza, Zagajewskiego, Herberta, czy Szymborskiej? Młodzi autorzy często deklarują, że najważniejsze dla nich jest robić dobrą poezję. Wypowiadają się bez cienia niepokoju, są raczej pewni tego co piszą. Natomiast dalej nic nie wiemy o ich poglądach estetycznych, szkle poetyckiej, wrażliwości czy chociażby podstawowej wiedzy. Uważają jedynie swoją prawdę za źródło wszelkiej prawdy. To nie jest dobra droga do literackiego parnasu, nie każdy poeta dostąpi tego zaszczytu. Zresztą chyba nie byłoby to dobrze, aby wszyscy się tam znaleźli. Ale jak już ktoś pisze, to niech robi to tak, jak Tadeusz Chróścielewski – który przez cały czas pamięta, że jest przypisany ziemi, na której przyszło mu żyć, i że kiedyś z niej odejdzie, bo jest przypisany niebu, tak jak każdy z nas…

Wielki patriotyzm Szostakowskiego

Żeby zrozumieć, na czym polega patriotyzm głoszony przez Polaków mieszkających na Litwie trzeba tam bywać, rozmawiać z ludźmi, próbować wchodzić w różne środowiska i chłonąć wszystko dookoła… No i koniecznie przeczytać książkę Józefa Szostakowskiego Między wolnością a zniewoleniem. Prasa w języku polskim na Litwie w okresie od września 1939 do 1964 roku.

Ten urodzony w 1953 roku w Lubieliszkach koło Wilna poeta, historyk, publicysta i dziennikarz napisał książkę, która jest wielkim dziełem i niezastąpionym wprost źródłem nie tylko mającym na celu poznanie prasy polskiej na Litwie, ale jest przede wszystkim wyrazem głębokiego polskiego patriotyzmu, któremu przyszło się zmagać z różnymi przeciwnościami sześćdziesiąt lat po konferencji jałtańskiej.

Jak więc należy odczytywać tę książkę? Przede wszystkim nie należy tego robić tylko i wyłącznie w kategoriach dokumentu. Ważnym jej elementem, a w podtekście być może najważniejszym jest jej przesłaniem, jakie ona – mimo swojego naukowego charakteru – niesie. Ogrom materiałów archiwalnych, jakie udało się autorowi zgromadzić, jest tak duży iż można się tylko zastanawiać, w jaki sposób Szostakowski zdołał to wszystko ogarnąć. Czytając poszczególne karty książki ma się nieodparte wrażenie, że jej autor brał lekcje u benedyktyńskich mistrzów pracy, którzy całymi latami ślęczeli nad swoimi dziełami, nadając im niesamowity wprost koloryt. Tak też się stało z książką Szostakowskiego. Ileż to pracy musiał włożyć autor w powstanie tego dzieła? Napisanie takiej książki wymagało od niego przede wszystkim wielkiej cierpliwości i pilności. Jednak wertowanie niezliczonej ilości materiałów opłacało się. Józef Szostakowski stworzył dzieło, które uchroniło od niepamięci dwadzieścia pięć lat polskiego piśmiennictwa prasowego na Litwie. Stanowi ona dobrze przemyślaną i harmonijnie skonstruowaną całość. Podział na poszczególne rozdziały w sposób jasny ukazują zamierzenia autora – rys historyczny prasy polskiej na Litwie, dzieje tej prasy w latach 1939-1964, a następnie jej analiza i tendencje rozwojowe.

Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, jak wielkie bogactwo polskiej kultury narodowej przewinęło się przez łamy polskojęzycznych pism na Litwie. Pomijam większemu omówieniu pisma wydawane od wieku XVII z „Merkuryuszem Polskim” na czele, czy XVIII-wieczną „Pocztą Królewiecką”.

Największe tradycje ma „Kurier Litewski” pierwsza w języku polskim na Litwie gazeta. Po upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów pismo ukazywało się za zezwoleniem cesarza Rosji. Tytuł ten później kilkakrotnie wznawiano. W latach 1816-1822 ukazywały się „Wiadomości Bruowe”, czasopismo satyryczno-społeczne, wydawane przez intelektualistów z kręgu Uniwersytetu Wileńskiego.

Założycielami, wydawcami i redaktorami polskich pism na Litwie byli często zasłużeni dla narodowej kultury pisarze i naukowcy. Józef Ignacy Kraszewski był nie tylko wybitnym powieściopisarzem, ale także znakomitym redaktorem, dziennikarzem i wydawcą dwumiesięcznika naukowego „Athenaeum”. Konstanty Kalinowski, jeden z przywódców powstania styczniowego na Litwie i Białorusi wydawał „Chłopską Prawdę” – pismo drukowane alfabetem łacińskim z polskimi znakami diakrytycznymi. Józef Piłsudski był autorem licznych artykułów wstępnych i znanym komentatorem wydarzeń społecznych. Przez blisko sześć lat (1894-1899) redagował „Robotnika”.

W okresie międzywojennym rozwój prasy polskiej na Litwie przeżywa swoje apogeum. Ukazuje się „Dziennik Wileński”. To na jego łamach przywracano wielkość Cypriana Kamila Norwida. Wieloletnim redaktorem był Jan Obst, założyciel Muzeum Adama Mickiewicza w Zaułku Bernardyńskim, funkcjonującego do dziś. Ważnym pismem był „Kurjer Wileński” ze swoim redaktorem Kazimierzem Okuliczem na czele.

Natomiast królem prasy wileńskiej był Stanisłwa Mackiewicz (Cat). Redagował „Słowo”, dziennik „Żubry kresowe”, który często był cytowany w prasie krajowej.

Dużą rolę w rozwoju środowiska twórczego Wilna odegrało czasopismo „Alma Mater Vilnensis”. Na jego łamach m.in. publikowali swoje pierwsze utwory poetyckie Teodor Bujnicki i Czesław Miłosz, jeden z założycieli późniejszych „Żagar”, dodatku do Mackiewiczowskigo „Słowa”.

Liczącymi się pismami były także: „Gazeta Codzienna” oraz znane z radykalizmu społecznego „Po prostu”.

Okres wojenny znacznie ograniczył wydawanie jakichkolwiek pism, a te nieliczne, które się ukazywały borykały się z wieloma problemami. Jednak mimo tych przeszkód powstało pismo poświęcone sztuce – „Przegląd Artystyczny”. Stefan Bratkowski redagował podziemną „Polskę w Walce”, Józef Mackiewicz, brat Stanisława, był redaktorem naczelnym „Gazety Codziennej”.

Oczywiście przedstawiłem tylko niektóre tytuły, kończąc na okresie II wojny światowej, a przecież jest jeszcze cały okres powojenny. Nie sposób opisać w krótkiej recenzji wszystkich tytułów, problemów i ludzi, niezwykle bogatej dokumentacji pism i tego wszystkiego, co składa się na historię polskiego piśmiennictwa na Litwie. Podane przykłady mają tylko przybliżyć książkę i zachęcić do jej przeczytania. To dzieło życia Józefa Szostakowskiego jest jedną z najważniejszych prac dokumentujących historię kultury polskiej na Litwie.

Po pierwsze jest świadectwem jakości polskiej refleksji nad narodową historią – przeszłą i współczesną. A po drugie – pozwoli przyszłym pokoleniom badać dzieje narodowej tożsamości. Okazuje się bowiem, że jest  jeszcze kategoria ludzi, którym chce się myśleć głębiej, stawiać trudne pytania, ale ważne – i szukać dla nich odpowiedzi. Kiedy te analizy zestawia się z tym, co na podobne tematy spotkać można było na sesjach naukowych i kongresach, odczuwa się satysfakcję. Autor nie powtarza cudzych banałów, a przedstawia swoje wieloletnie przemyślenia i doświadczenia. I to, co najważniejsze – nie zapomina kim jest i skąd się wywodzi.

Już dawno nie czytałem książki tak ważnej dla Polaków, nie tylko tych, którym po 1945 roku przyszło żyć poza macierzą. Kolejne pokolenia Polaków walczą z niesprawiedliwością sytuacji politycznej ustalonej podczas Konferencji w Jałcie. Niektórzy robią to w sposób bezmyślny, bez znajomości realiów współczesnego świata, i co ważniejsze, historii. Józef Szostakowski czyni to w sposób niezwykle subtelny, z wyczuciem. Nie zapomina jednocześnie o imponderabiliach. Dla niego bycie Polakiem jest sprawą nadrzędną, dlatego uważam, że wziął się do napisania tej książki, a myśl o tym dojrzewała w nim od dawna. Myślę nawet, że taką książkę mógł napisać jedynie gorący orędownik polskości, który miłość do niej wyssał z mlekiem matki. Za tę książkę powinniśmy być Józefowi Szostakowskiemu wdzięczni, bo jak sam pisze: […] Naszym prawem jest nie krępowanie przez nikogo używania mowy ojczystej – wszędzie tam, gdzie sami uznamy to za stosowne, pielęgnowanie naszej kultury, wiary, wierność naszym tradycjom i obyczajom. Tych praw domagamy się dla siebie, o te prawa zabiegamy dziś i żądamy dla nich poszanowania w wolnym i demokratycznym państwie, które wspólnie budujemy. Tu nie może być żadnych kompromisów.

Nie wiem jaki będzie dalszy los tej książki, co z promocją, z recenzjami, ale jedno wiem na pewno, że wstawienie jej do bibliotek, to trochę za mało. Dlatego powinna ona trafić do szerokiego obiegu, ale to – jak się orientuję – może być trudne. Szkoda, wielka szkoda!

___________________

Józef Szostakowski, Między wolnością a zniewoleniem. Prasa w języku polskim na Litwie w okresie od wrześniam1939 do 1964 roku. Redaktor: Romuald Karaś. Przedmowa: Piotr Łosowski. Na pierwszej stronie okładki i karcie tytułowej umieszczono element graficzny z winiety podziemnego pisma „Za naszą i waszą Wolność”, organu Związku Wolnych Polaków. Wydawca: Oficyna Literatów i Dziennikarzy „Pod Wiatr”, Warszawa 2004, s. 460.

Nie wszystek umrę…

Kto jeszcze dzisiaj potrafi tak pięknie opowiadać o poezji i o sztuce? Szczególnie wtedy, kiedy trzeba mówić o śmierci i samotności, o ludzkim przemijaniu, o odchodzeniu do innego świata, świata pozbawionego nienawiści, świata dobroci i świata nadziei. Mistrzem nad mistrzami jest w tej dziedzinie Wojciech Siemion, wspaniały aktor, wybitny recytator poezji, człowiek, dla którego słowo – samo w sobie – jest najważniejsze, jest największym osiągnięciem ludzkości.

Ukazała się książka Siemiona pt. Non Omnis Moriar. Przy Józefa Panfila portretach człowieka. Jakaż ta książka jest wzruszająca, ileż w niej smutku, ale i miłości, i nadziei. W listopadzie ubiegłego roku zmarła Wojciechowi żona – Piwka, jak ją nazywał. Odszedł ktoś najbliższy, wspaniały przyjaciel, wierny „kompan”, osoba, która w cudowny sposób wypełniała wnętrza petrykozkiego dworku. I nagle… pustka! Dobry duch uniósł ją na drugą stronę błękitu… Kiedy odchodzą dobrzy ludzie, trudno jest się z tym pogodzić… Wojciech Siemion postanowił więc zadedykować żonie książkę szczególną. Zauroczony niesamowitymi portretami Józefa Panfila, przedstawiającymi tego samego człowieka w różnych miejscach i sytuacjach, dokonał wyboru wierszy elegijnych różnych poetów. W ten sposób stworzył niepowtarzalne – w swym wydźwięku – dzieło na pograniczu poezji i albumu malarskiego. Podarował jej na tę najdłuższą podróż książkę-nadzieję, bo choć wybrane wiersze w swoim charakterze są smutne i w najlepszym wypadku refleksyjne, to przecież nic tak człowieka nie umacnia, jak wiara, że przecież wszyscy się kiedyś spotkamy…

Wojciech Siemion dokonując takiego, a nie innego wyboru poezji, zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę, tu na Ziemi, wszystko jest nicością. Chociaż ciągle próbuje zadawać pytania i „bronić się” (przy pomocy wierszy poetów), wie, że jedną z najważniejszych ludzkich cech jest pokora:

Bronić przed nicością byty, nazwy
Insygnia osadzone w rzeczach.
I wierzyć w swoje, skrybów, powołanie.
Ile w tym pychy, a ile pokory?

                                                      Janusz Szuber, Las w lustrach

Wiersze zamieszczone w almanachu dokładnie dopowiadają obrazy Józefa Panfila. One ich nie opisują, a jedynie w niesamowicie metaforyczny sposób opowiadają o faktach i wydarzeniach bliskich Siemionowi, które i my możemy przyrównać do nas samych:

Czy piękno cię nachodzi, tak jak śmierć? Jak na mnie?
A więc wstajesz pobladły – i ku wielkiej zgrozie
Kobiety bezrozumnej, psa drżącego, luster
Wleczesz cień swój żałobny przez wszystkie
pokoje? –

                                                                            Stanisław Grochowiak, Malarstwo (II)

Wojciech Siemion dokonał rzeczy niezwykłej. Tak jak Grochowiak – przedstawiający niby klęskę – w wielokrotnym opisywaniu śmierci odnajduje piękno, tak Siemion dokonując wyboru wielu wierszy elegijnych, zwraca nam uwagę na to, co jest w życiu ważne. Józef Panfil malując tego samego mężczyznę w różnych momentach życia, daje nam do zrozumienia, że to konieczność, aby poprzez to odbiorca jego sztuki dostrzegł, jak kruche jest nasze doczesne życie, choć ono wcale nie musi być banalne i nawet wszelkie przeciwności i smutki można mogą nas tylko umacniać:

Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu
strzelający nad ogrom królewskich piramid
nie naruszą go deszcze gryzące nie zburzy
oszalały Akwilon oszczędzi go nawet

                                                             Horacy, Z Pieśni XXX

Jak wielka musiała być miłość, która pomogła Siemionowi stworzyć tak przejmującą i piękną książkę? Pomieszane – i zestawione razem – obrazy, wiersze i komentarze Aktora stworzyły swoisty Poemat o życiu, miłości, śmierci i nadziei. A przecież należy dodać, że w książce są jeszcze poetyckie strofy Jana Kochanowskiego, Aleksandra Puszkina, Józefa Łobodowskiego, Zuzanny Ginczanki i wybitne tłumaczenia Horacego, dokonane przez Stanisława Grochowaka, Stafana Gołębiowskiego, Lucjana Rydla i Adama Ważyka.

Non Omnis Moriar… Wojciecha Siemiona to książka szczególna i ważna. W czasach, kiedy na każdym kroku szerzy się bylejakość i nadmierny prymitywizm intelektualny, jest ona dobrocią, serdecznością, współczuciem i nadzieją, czyli tym, czego potrzeba nam – do życia.

___________________

Wojciech Siemion, Non Omnis Moriar. Przy Józefa Panfila portretach człowieka. Redakcja: Wiesława Mielniczuk. Opracowanie edytorskie: Kazimierz Mardoń. Na okładce fragment obrazu Józefa Panfila Bez tytułu, 1990. Nakładem Autora 2005, s. 32.

Empatia Jerzego Utkina

Jaka jest współczesna polska poezja? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, jako że słowo „współczesność” często mylimy ze słowem „teraźniejszość”. W takim znaczeniu literaturą współczesną będzie zarówno twórczość powstała w ciągu ostatnich kilku lat, jak i wczoraj. Tymczasem „współczesność” w literaturze nie jest kwestią nowości, chodzi raczej o wspólnotę języka, którym usiłujemy mówić o naszym zbiorowym i jednostkowym doświadczeniu: duchowym, egzystencjalnym, społecznym i historycznym. W moim przekonaniu literatura wtedy przestaje być „współczesna”, kiedy zanika wspólnota językowa, kiedy ewidentnie czujemy, że interesujący nas pisarz posługuje się pojęciami już do naszego doświadczenia nieprzystającymi. Biorąc pod uwagę takie właśnie kryterium „współczesności”, dochodzę do wniosku, że nadal żyjemy w epoce, której literacki początek sięga gdzieś do dwudziestolecia międzywojennego.

Jerzy Utkin, poeta mieszkający w Pile, jest tej tezy potwierdzeniem. W książce pt. „Nigdzie swój. Sonety i oktostychy z lat 1989–2005” doskonale połączył czasy minione z tym, co nowoczesne (współczesne). Rozkochany w klasycznej poetyce, stara się od kilkudziesięciu lat powiedzieć nam – współczesnym – że poezja naszych ojców i dziadów, może być dla nas wyznacznikiem tego, co dobre i wartościowe:

Skąd przychodzimy? Z jakiej strony bytu?
Z chaosu świata czy z światłości słowa?
Z zaduchu nocy czy z oddechu świtu?
Co nas zrodziło; milczenie czy mowa?
Jesteśmy ziarnem – czyją dłonią sianym?
Jesteśmy trawą – kto nam źdźbła prostuje?
Zwątpienia pustką czy stanem zastanym
W pewności wiary? Kto z nas  to pojmie?

                                                              („Światło i słowo”)

Te słowa najlepiej odzwierciedlają świadomość człowieka nowoczesnego. Człowiek nowoczesny to ten, który wierzy w nieograniczone możliwości swojej wyobraźni, a w jej wytworach dostrzega dobro decydujące o postępie (cywilizacyjnym, społecznym, estetycznym). Dlatego też śmiało zabiera się do konstruowania lepszego jutra. Ale człowiek nowoczesny to także ktoś, kto w utopijnych projektach, realizowanych na przekór wierze w dobro absolutne, dostrzega wielkie niebezpieczeństwo, zapowiedź rychłej katastrofy, która w wieku XX ziściła się w sposób potworny. Człowiek nowoczesny to także ten, który z poczuciem klęski bilansuje dokonania ludzi swojej epoki, oraz ten, który z uporem odbudowuje to, co w sferze ludzkiego ducha zostało zagłuszone czy zaprzepaszczone.

Jerzy Utkin opisuje rozmaite stany świadomości ludzi XX wieku, ale nie zapomina, że bez znajomości tego, co minione, nie da się budować społecznego consensusu. Z powodzeniem rekonstruuje ludzkie zachowania, tak, jakby interpretował zebrane przez stulecia utwory. Jednak najbardziej zależy mu na tym, by – z małymi wyjątkami – traktować tę literacką antologię na kształt „wypisów z ksiąg użytecznych”. Poeta w niezwykły sposób traktuje swojego czytelnika. Poleca mu teksty, uznane przez niego za niezbędne w przywracaniu współczesnemu człowiekowi utraconej mądrości, wiary, wrażliwości etycznej i estetycznej. Wiersze skompletowane przez Utkina przekonują, że świat naprawdę istnieje, że jego olśniewające piękno pozwala nam odczuć transcendentny wymiar rzeczywistości, że w tym – co na ziemi bolesne i śmiertelne – jest głęboki sens, że człowiek zdolny jest odróżnić dobro od zła i ustanawiać w języku pojęcia, które porządkują świat. Dlatego dla Utkina najważniejsza jest świadomość literatury jaką tworzy, ponieważ on zdaje sobie sprawę z tego, że to ona krystalizuje nasz język, nadaje kształt naszej zbiorowej wyobraźni, interpretuje nasze historyczne doświadczenia…

Herb miasta jak herbariusz, relikty przeszłości
Przechowuje wytrwale wbrew tendencjom czasu.
Złota gwiazda rzekomej wiecznej pomyślności,
Miecz, korona… Jedynie jakby prosto z lasu
Żywa zieleń gałązki na błękitnym polu,
Mieć nadzieję pozwala, że kłos ziarnozłoty
Wyrośnie gdzieś samotnie wśród łanów kąkolu,
jak myśl jasna i czysta w bezmiarze głupoty.

                                                                („Fragment pejzażu lub martwej natury”)

Autor książki „Nigdzie swój” zdaje sobie sprawę z tego, że największym problemem współczesnego poety jest chyba to, że kiedy tworzy nowy utwór literacki, musi pamiętać o tym, że podmiot w każdym współczesnym dziele powinien być zazwyczaj bardzo wyrafinowaną konstrukcją literacką i jego przekazu nie wolno czytać w sposób naiwny. Kiedy poeta dotyka największych ludzkich dramatów, musi pamiętać o empatii – a więc o zdolności odczuwania stanów psychicznych innych ludzi, o umiejętności przyjęcia ich sposobu myślenia, o spojrzeniu z ich perspektywy na rzeczywistość. Utkin wie, że tylko dzięki prawdziwemu współczuciu – rozumianemu jako współodczuwanie – możemy zbliżyć się do cierpienia ofiar:

Czy pozwalając, byś odszedł w nie–życie
Nie jestem gorszy od tych, których dłonie
W proch cię roztarły? To jakby o świcie
Słońca zaćmienie zwiastujące koniec.
Ja żyję z myślą – jak garb – wciąż o tobie,
Chociaż nie znałem cię nawet z imienia.
I na kolanach – w pokucie wędrowiec –
W płomieniu świecy szukam twego cienia.

                                                                             („Boleśnie”)

To właśnie współczucie chroni nas przed rutyną i jedynie wypowiadanym, a nie przeżywanym patosem. Kiedy więc rodzi się to współczucie? Gdy jesteśmy blisko drugiej osoby, gdy stajemy obok walczącego, rozstrzeliwanego czy torturowanego, schowanego pod podłogą, wiezionego bydlęcym wagonem, albo mdlejącego na apelu, gdy przestaje być on dla nas kimś anonimowym, gdy w jakimś stopniu dzielimy z nim lęk, ból, nadzieję. Dopiero wtedy także możemy zadawać pytania o naturę jego doświadczenia, charakteryzować jego postawę, konfrontować ją z postawami innych, wydawać sądy moralne o czynach jego i jego prześladowców, pytać o winę, odpowiedzialność, przyczynę zła:

szybciej jeśli chcesz zdążyć mój czas coraz węższy
coraz  bardziej mnie nie ma pozostanę w słowie
w jakimś geście nieznacznym w pastelowej tęczy
którą dotkniesz spojrzeniem spod przymkniętych
powiek
coraz bardziej mnie nie ma jeszcze jedna chwila
parę lat albo godzin co jest bez znaczenia
oddalasz się ode mnie nad sobą pochylasz
(…)
coraz bardziej mnie nie ma przecież nie
zaprzeczysz
chociaż śmiejesz się wdzięcznie plotąc coś od rzeczy

                                                                                     („coraz bardziej mnie nie ma”)

Poezja Jerzego Utkina pokazuje nam, że w świecie wyraźnie zdominowanym przez język obrazów i egzystencjalny bełkot można komunikować się przy pomocy tego, co nie tylko minione, a co według niektórych niemodne. Ale co tu ma moda, jeżeli chodzi o piękno języka? Tym bardziej, że z każdym dniem stajemy się obywatelami wspólnot ponadnarodowych i dlatego powinniśmy się uczyć nie tylko obcych języków, ale także poznawać odmienne kody symboliczne, którymi kiedyś tak pięknie posługiwali się nasi przodkowie. A czyniąc to odkryjemy, że język, którym posługuje się Jerzy Utkin, a którym opisano doświadczenia wielu pokoleń Polaków, jest dla nas niezwykle czytelny.

______________

Jerzy Utkin, „Nigdzie swój. Utwory wybrane: sonety i oktostychy z lat 1989–2008”. Redakcja: Zuzanna Przeworska. Ilustracja na okładce: Dariusz Kaleta – „Epizod – 1” (olej). Zdjęcie: Przemysław Janicki. Wydawca: Media Zet. Wydawnictwo Zuzanna Przeworska, Piła 2007, s. 72.

Reklamy