Poezja

* * *

Chciałbym opowiedzieć ci o nocy,
bez poezji i wódki i o tym »cudownym stuleciu«,
w którym przyszło nam żyć.
W jego odruchach widziałem nadzieję,
łapałem każdą kroplę epoki,
byłem świadkami wzrastającego piękna,
blasku i śmierci.

Często traciłem poczucie psychicznej równowagi,
w ciszy i smutku szukałem zapachów oranej ziemi
i mimo odmiennego punktu widzenia,
próbowałem nie zgubić niepewności,
która tak naprawdę nie chciała wypuścić mnie
z objęć pozasłownych wymówek.

Oczekiwanie na kolejny spektakl kończyło się niesmakiem.
Budziłem się w nocy!
Widziałem, jak chłopskimi wozami
wieziono nas w szronie i blasku gazowych lamp.
Targany wiecznym niezdecydowaniem,
uzależniałem się od drzewa oliwnego
i studni szczęścia –
z wodą z zatrutego źródła.

Strach wiedzie do gniewu,
gniew do nienawiści,
nienawiść prowadzi do cierpienia, bo
jaka jest różnica między śmiercią w zamkniętej stodole,
a rozerwaniem przez minę na pustyni
między Eufratem a Tygrysem?

Wieczorami,
przeświadczeni o własnej nieomylności,
zagubieni w codziennej tułaczce –
ostatni ludzie –
błądzą po omacku
i spękanymi wargami spijają krew z liści piołunów,
całują ostatnie ślady stóp, pozostawione na piasku plaży,
gdzie wzburzone fale, z błękitnymi grzywami
próbują je rozmyć,
jakby chciały wymazać je z pamięci jeszcze żywych.

O świcie,
kościoły, cerkwie i meczety
rozbłysły kopułami świateł.

Odchodzenie

                                              Babci Anastazji

Czasem chciałbym spędzić noc
i nie obawiać się jutra.
Nie myśleć, że być może ktoś
ode mnie oczekuje odpowiedzi.

Każda rzecz, która istnieje,
ma w sobie jakąś rację bytu.
To już kolejny dzień, kiedy
zmagam się z ogniem
przeszywającym trzewia.

A jeszcze niedawno piłem
amerykańską whisky
i karmiłem umysł
czytając Thomasa Mertona.

Widziałem wtedy kamienie,
które raniły stopy niewiast.
W oknach starych domów
widziałem ciepłe ogniki świec
rozświetlające drogę,
którą wędrowali pielgrzymi,
aby ucałować święte relikwie.
Kiedy wracali, utrudzeni
wieloletnią tułaczką,
wstępowali do mnie
i wręczali mi fragmenty przeszłości,
a ja trzymałem je w dłoniach
i patrzyłem na nie uważnie.
Każdy był w innym kolorze,
ozdobiony wschodnimi ornamentami
i lekko falował.
Przyglądałem się jego niewinnym ruchom,
a później kładłem obok siebie – na łóżku –
i płakałem, aż do zaśnięcia.

Więc moja podróż dobiega końca?
Jesień prosi mnie o chwilę rozmowy?

Przytulcie mnie do drzewa,
obmyjcie wodą z górskiego strumienia,
a na grobie złóżcie kawałki nieba,
które wciąż trzymam w kieszeni starego płaszcza.

Jak opowiedzieć niewypowiedziane?
Jak zebrać z pól życia resztki ziaren
rozsiewanych sękatymi rękami bólu
i złożyć w mogile nadziei?

Odchodzenie II

                                                Wojciechowi Siemionowi

Pamiętasz bosego chłopca pochylonego nad książką,
gdy podkradał rozwiane Kresami słowa.
To wszystko stało się zanim księżycowy uśmiech
przeżył przypomnianą legendę zmarłych lat.

Od stuleci nadal wszystko dzieje się niby w próżni.
Jakiś dławiący się sobą staruszek o sękatych palcach
i rzadkich, rozrzuconych włosach,
parę razy szamotał się bez próby wypowiedzi –
w milczeniu.

Domki małej wioski,
do której tak chętnie wracałeś
wyglądały nie tylko jak
wygłodniałe ciała przedmieść,
ale i jak łąki pachnące, roszone poranną mgłą,
i te sosny, i brzozy powtykane
później w piaszczyste grunty
mazowieckiej ziemi,
na której stałeś, jak na dziedzińcu brukowanym
z kości swoich przodków.

A przecież jeszcze niedawno spijaliśmy
rozmowy bez słów
i karmiliśmy nasze umysły
wiarą, że sztuka nie umrze.
Więc nie rozumiem dlaczego
robotnicy spieszący na pierwszą zmianę
obiecują zwątpienie
i usprawiedliwiają się tylko przed sobą,
chociaż ty powtarzałeś:
jestem rozgoryczony
gdy widzę jak wszyscy
którzy ujrzeli światło wolności
w dalszym ciągu więzieni są
w wiecznym odradzaniu.

Wszyscy jesteśmy umierającą,
półnagą grudką ziemi –
nikt nie wie, że najpiękniejsze
kształty słowa
szukają ocalenia przed prawdą.

List do Ojca

Ojcze,
Dobrze, że tego nie widzisz.
Dużo nienawiści.
Nasze głowy – pełne pustki.
Nasze ręce – brudne i chude.
Nasze serca – milczący upadek.
Śniło mi się, że tam gdzie jesteś,
Wiatr budzi w ludziach
Niewidzialną potęgę,
A Twój „dzwon”
Zieje strugą ciepłych oddechów.

Pytasz czy zmieniło się odkąd ostatni raz do mnie mówiłeś?

Tak.
Tłumy odwołują się do wyrwanej ciszy,
Cała ufność to cios zmąconej powagi,
A poniżenie staje pod każdym oknem
I nie chce zawisnąć na krzyżu.

Pozwól, że przerwę na chwilę.
Zgasła świeca, muszę ją zapalić –
Ale za rok przyjdę znowu…

Bez dnia

policz
ile zostało nam ran
aby uwierzyć
w całość ocalenia
w niekończące się postanowienia poprawy
czy chcemy wtargnąć w siebie
i połączyć się
w jedną konstrukcję

zbliżenia
zasłaniają nam
strzępy okrutnego
królestwa pychy
poszarpanych tkanek
to z nich
ulatuje ostatnie tchnienie
na wyspy szczęśliwe
a tu
po ziemi czerwonej od krwi
idą już tylko
dwa cienie
i w mitycznym buncie
nierzeczywistych spojrzeń
zapalają słońca
oczekują niecierpliwie
na projekcję nowości
zdmuchując stare
ledwo tlące się świece

Bez wyjścia

zamykamy nienawiść
w szufladach przyzwyczajeń
po drogach przerażenia
maszerują nagie fakty
dopisywane nieuchwytnymi pojęciami
naszej wyobraźni
lekko stawiają stopy
na niewidzialnych grobach swoich przodków
ponure
ślepe twarze
krzyczą i umierają
zostawiając omdlałe gwiazdy
nieporuszone cienie
które spoglądają
na płaczącą ziemię

Bezsenność

skupieni
ciągle myślimy o śmierci i miłości
dumnie szukając szacunku
dla własnych wielkości
sprzedajemy godność
w interesie życia

zapisujemy oczami
na pożółkłym papierze
obrazy ludzi
wyglądających
przez okratowane okna
budzimy zagubioną przestrzeń
pulsującej ciemności
z lodowatego snu

wieczorami
zmęczeni obłąkanymi oświadczeniami
intymnych uniesień
budujemy cmentarze z czerwonej cegły

* * *

Co by było, gdyby Bóg nie zmiłował się nad galaktyką?
Anioły filantropii, jak ćmy, na rzeź, pod latarnie.
Kapłani w mercedesach mówią o własnej biedzie.
Zasłużeni dla mas, w perspektywie odpłatnej zasługi,
grzeszą obecnością na balach sprzeczności.
Dygnitarze rozwieszają nad światem
chorągwie nihilizmu.
Profesorowie bez tożsamości wzajemnych przekonań
wykorzystują ludzką odrębność –
mówią, że świat przestaje istnieć.
Pisarze w dziurawych butach rozkwitają cyklamenem:
rym, rytm, kaprys utopii, pióro bez atramentu.
Idą w szeregu.
Jeden – z prawdy naszego życia,
drugi – wzmaga swoją obecność poza własnym cieniem,
trzeci – jak magnes przyciąga, w imię sprawy przegranej,
czwarty – jak drogowskaz na ziemi niczyjej,
piąty – noblista,
szósty – grafoman…
Rzeczywistość składa się z niewidomego wnętrza –
jeśli założymy, że poezja musi dawać nadzieję.

A ja. Jestem tutaj.
Paradoksalnie uwiarygadniający swoje wiersze
nieustannymi zapewnieniami, że twierdzenie
o śmierci poety i poezji jest bezsensowne.

Co jeszcze

w powietrzu
na wysokości ludzkiego losu
tam gdzie czatują
w otaczającym tłumie
nieszczęśliwe i piękne niewiasty
cwani celnicy
podejrzliwym wzrokiem
przeglądają paszporty i wizy
do umiłowanej pustelni
gdzie zza zmurszałego
pochylonego płotu
pośród rozłożystych drzew
wyłania się
niesamowicie mały domek

zobaczyłeś
że twoje życie
składa się z odpadów i resztek
starej planety
kiedy na niebie nie było jeszcze księżyca

co zapamiętałeś z tych gwałtownych
i upalnych dni

zegar leżący na ruinach
powalonych domów
wskazuje tę samą godzinę
nieznajomi przechodnie
całują go na znak pokory
i zasypiając łagodnieją
z rosnącym przerażeniem

współczuję młodym tułaczom
i dzielę się z nimi swoim życiem
którego i tak od dawna nie ma
bo umarł nawet cień
zwyczajnej nadziei

Dialektyka

Ludzie mi mówią,
że urodziłem się dość dawno,
że życiodajne mgły poranków
mam już za sobą,
bo wstaję zazwyczaj późno,
a kto późno wstaje,
temu Pan Bóg nie chce nic podarować.
Niektórzy z moich przyjaciół
opowiadają o życiu
– pełnym bezsensów –
o biedzie i braku –
najczęściej pieniędzy i perspektyw.

Ale wszystko się zmienia,
wszystko ulega deformacji,
czasem nawet przekształca –
marksiści mówią,
że to dialektyka,
a to tylko kolejne obrazy
za szybą pociągu,
którym jadę zobaczyć Papieża.

Coraz częściej myślę
o winie pokrzywdzonych,
że nie potrafili zapobiegać
tragediom ułudy,
że nie chcieli – chociaż mogli,
płakali – chociaż nie mieli czym,
dawali – chociaż nikt ich o to nie prosił,
a umierali,
ale nie z godnością i szacunkiem.

Nie ma już czasu
na przelotne znajomości,
ale można jeszcze ocalić
kilka dobrych charakterów,
zanim wszystkie dziewczęta
pozachodzą w ciąże,
a chłopcy pozabijają się
na ulicach i stadionach.

Ludzie mi mówią,
że urodziłem się dość dawno
i że pewnych rzeczy nie rozumiem,
chociaż wszystko się zmienia.

A marksiści i tak mówią, że to dialektyka.

Dzieciństwo

Dwadzieścia lat temu
dookoła mojego domu
rosły kartofle,
na bosaka chodziliśmy na ścierniska –
dzisiaj stoją bloki.
Dwadzieścia lat temu
dookoła mojego domu –
mieszkali ludzie.

Et cetera

pamięć uodparnia
zapomniany ból
coraz silniej
w ogrodzie zawiści
pijani grzesznicy
w biało-czerwonych opaskach
niszczą swoje dzieciństwo
nie proszą
chore matki
o przebaczenie

Grzechy

jest w naszym wnętrzu
kilka prawd:
jedno znamię tajemnicy
dwa szepty metafizyki
zapach humanizmu

ale tak naprawdę
to tylko pozór fałszerstwa
nieoszlifowany diament nienawiści

jestem niewolny
albowiem zguba świata
zaczyna się od wschodu słońca
a niesprawiedliwość
szuka pocieszenia
w przelanej krwi

Inna jesień

Wreszcie postanowiłem zobaczyć,
jak wyglądają wyspy szczęśliwe.
Kiedy zacząłem je smakować,
okazało się, że wrażliwość
nie jest dziś w cenie
na poetyckiej giełdzie.

Najlepsze wiersze wypłukują
z kamiennych płyt
kwaśne deszcze nienasyconej niezgody,
która bez jednego słowa
odchodzi – doprowadza
do szaleństwa biednego Apollina,
bo kruk już nie jest ani biały,
ani czarny.

Przez nagie otchłanie
błędnych ogni,
niewyspane tęsknoty
spijają z czarnych liści
porozwieszane promienie zorzy.
Norwidowe miłowanie –
gdzie okruch chleba, jak opłatek –
jest dzisiaj mniej ważne,
niż niepewność, która nie pozwala
podać ręki obcemu człowiekowi
i wyrzuca go na bruk,
bez jednego słowa.

Ci, którzy nas kochali,
tracą zmysł równowagi
i sprzedają nas
za resztę z trzydziestu srebrników.

Boję się umierać,
bo nie wiem, czy ziemia, po której chodzę,
jest jeszcze moja
i tylko z przekładów dowiaduję się, że
poetom cmentarne bramy,
co truchleją na słocie,
wyszarpnąwszy wprzódy
lejce złego konia…

…i znowu
nie jest istotne,
że ten wiersz
nie poderwie z gruzów źdźbła oziminy,
nie wskrzesi spróchniałego kościotrupa,
ani szmacianych kukieł,
którymi bawiliśmy się
w dzieciństwie.

Nagle chciałoby się wykrzyczeć:
– Zaczekaj, świecie pastelowych promieni!…
Ale dookoła smutek –
pachnie naparem jesiennych pomruków…
Henri Michaux twierdził,
że poezja jest podarunkiem natury…
a ja przestaję w to wierzyć.

Jesień

Pożegnałem dzisiaj jesień…
Nie zerwę róż, nie rozżarzę serca
wędrówką poprzez nagie ścieżki pośród pól i lasów.
Nie poznam smaku goryczy z ust twoich zdroju –
a na horyzoncie wiatr wyśpiewuje –
jakże smutno płaczesz.
Odarte z liści drzewa sterczą nad ostatnimi
w jesieni kwiatami,
na szczyt otchłani wspina się ptasi śpiew,
a białe brzozy rozsiewają dookoła złote liście,
tworząc miękkie jak puch dywany.
Słońce jeszcze pieści blaskiem swych promieni.
Gdzieś w starym ogrodzie, wśród pożółkłych traw,
ulatują szczęśliwe dusze owoców,
których nikt nie zbiera.
Odchodzisz jak sen.
Nie dajesz nadziei na długie wieczory.
Zostaje samotność, kominek, w nim ogień,
a w oczach obraz –
jest smutny jak deszcz.

Jeszcze nie teraz

zawołaj mnie
gdy będziesz gotowy
gdy będziesz milczenie chciał opowiedzieć
i nie oglądając się na nikogo
zrobisz najprostszy gest
przez chwilę
na wstrzymanie oddechu

uwolnisz światło
białą dłonią

Kamienie życia

Kim byli ludzie,
którym zawdzięczamy przyjście na świat?
Wrodzone zdolności,
rysy twarzy –
skąd się wzięły?
W młodości nie zastanawiamy się nad tym.
A później,
kiedy odejdą już dziadkowie i babki,
kiedy odchodzą
– nim się zdążyło wypytać –
ojcowie i matki,
nagle zdajemy sobie sprawę,
że w wieku informacji
można zdobyć wiadomość z dowolnej dziedziny,
oprócz elementarnej
– skąd jestem.
To nasi przodkowie,
usiłując przeniknąć wzrokiem daleką przyszłość,
mogli zaledwie snuć przypuszczenia.
Ale my o nich moglibyśmy naprawdę coś wiedzieć.
Pełni poczucia wspólnoty i zdziwienia
– czyżby wszyscy wyszli stąd,
z tego na wpół zniszczonego domu? –
chodzili dookoła,
zaglądali przez okna,
wsłuchiwali się próbując zrozumieć to,
czego nie da się zobaczyć
– bieg czasu.
Kto nie pamięta przeszłości,
ten nie ma przyszłości,
choćby powtarzał wciąż te same słowa.
Różne kamienie spotyka człowiek na drodze życia.
Jedne usuwa z pola,
inne gromadzi,
żeby zrozumieć, żeby zbudować dom.

Kamień jest twardy i wieczny.

Kartoteka anatomicznych tablic

innym ludziom
jezioro osobliwości
jawi się we śnie

innym ludziom
złote wrota
zastępują drogę
do nieuchronnej ciemności

inni ludzie
patrzą na ciebie
oczami cudzych luster

z innymi ludźmi
pozbawiasz chęci do życia
innych ludzi
choć wydaje ci się
że wszystkiego można było uniknąć
przed pierwszym krzykiem
zanim kicz
czasu i przestrzeni
wykluczył ciebie jako świadka
końca epoki

Każda chwila

leżę na wilgotnej ziemi
wśród traw –
jeszcze żyję

głowa moja
zziębnięta
usta
potworne nic
we włosach
wplecione strofy

we dnie i w nocy
ktoś dyktuje
tablice przykazań

dokąd – poeto –
zabierasz ten majestat

przecież nie wiemy
kiedy przyjdzie wszystko zostawić

Mijanie

czasem myślę –
minął bezpowrotnie czas
kiedy otwierano dusze
strzeżone przez boską fantazję

dlaczego nie jesteśmy ptakami

one wiernie służą powietrzu
trzepocą skrzydłami
w rytm niegdysiejszych układów
raz w tę
raz w inną stronę
czasami
na oślep
ale mkną
coraz wyżej i wyżej
bez końca

Moja mała lampka nadziei

                                 Tadeuszowi Kwiatkowskiemu-Cugowowi

Wiesz, Tadzio,
wczoraj oglądałem stare fotografie.
Sentymentalna łza
zakręciła się w oku.

Co też powyprawiało się na tym świecie?

Głosy „poetów”
bez skrzydeł,
czają się na historię ojców,
znieważają czkawką i kłamstwem
dusze kolegów.

Wyjedźmy do krainy Farlandii,
gdzie mistrz nie szuka nonsensu w poezji,
wyjedźmy do krainy szczęśliwości,
by wierszem powrócić
i olśnić,
i wiatrem rzeźbić,
by rosa kłębiła się łąką.

Czy istnieje coś,
czego dotąd nie brałeś pod uwagę?

Królu poetów i wariatów.
Czy wrócisz jeszcze do Wilna,
zbierzesz kości pozostawione w katyńskim lesie?

Ułańska fantazjo!
Karawano cyganerii,
zaprzęgnięta w złote konie poezji.

Nie płacz nad poezją.
Artysta nie może płakać,
kiedy troskliwie
pochyla się nad butelką.

Zawsze może wypić następną.

Notatka

Moje życie.
Nie potrafię się do niego
przyzwyczaić. Powiedz mi
przyjacielu jakie ono jest.
Każde moje miejsce
jest poza nim.
Często w iluzji odstawia
poezję. Przyciąga głuchych słuchaczy.
Ozdabia wieczory
dla natchnionych tajemnic
i spogląda na zabłąkane zdarzenia,
rozsypane podmuchem Anioła.

Nowa faza

codzienny pot
przygasza moc ognia
który wypala do cna
korzenie naszego życia

w majestatycznym tańcu
odrzucamy
każde słowo
i każdy gest

smutkiem wyrażamy
nasze odczucia
wyprzedając rozsądek
podparty błogosławieństwem
aktualnych sytuacji

dobre czyny nie imponują
znienawidzonym
zbuntowanym przez samych siebie
uspokojeniom –
cholernie zdenerwowanym
które kiedyś krzywdzono

teraz wolność istnieje tylko w oczach duchów
póki czas nie uspokoi
resztki bolesnych nadziei

Ostatni kadr

                                    Krzysztofowi Kieślowskiemu
                                                – pośmiertnie

zmęczony sąsiad
pod chmurami pilnuje ogrodu

ma mało czasu

na palcach zlicza
chwile poranka
– między dekalogiem
a podwójnym życiem –

spieszy się

kobieta – młoda –
zamyśliła się
ze strachem w oczach omija parapet
wyciska ostatnie krople młodości
niepodobna do siebie w lustrze
młodo już nie umrze

a przecież wszystko było proste

niebieski
biały
czerwony

czarny

ten kadr nie pojawi się już na ekranie

Pamięć

Zacierają się ślady na murze straceńców.
Wyblakły imiona poległych w męce i torturach,
w celi śmierci.
Czy zasłużyli na książeczkę,
na tych kilka zastygłych znaków.
Zdarzy się,
że ktoś zobaczy pejzaż dworca kolejowego,
porośniętego piołunem.
Przejdzie przez nieprzeniknioną bramę wydarzeń
i zapali – jak tamci –
znicz.

Podróż druga

Dostałem wiadomość,
by związać świat
martwymi ciałami męczenników,
zebrać szczątki mojżeszowych tablic
i tęskniąc za szerokim oddechem oceanu,
przypomnieć sobie właściwe sentencje
ciągłej rewolucji,
której nie ma końca.

Za szybą pociągu
szmat drogi.
Zmęczony krajobraz przymyka powieki,
ktoś w drugim przedziale
złowróży wulgarnym językiem –
nudno i nieprzyzwoicie.

Te podróże są takie męczące,
bez przypadku i złudzeń,
jak liturgia wspomnień.

Czasem pojawiają się szczegóły:
intelektualista z humanitarnym impulsem
czyści młodością brukowaną ulicę –
imienia generała wątpliwego
zmienioną obecnie na świętego okrutnika –
nadając jej niepowtarzalny koloryt.

Tak naprawdę,
to szukamy wzruszeń,
coraz rzadziej odważamy się krzyczeć,
że nasze wiersze boją się wychodzić na ulice.

Teraźniejszość, nie może znaleźć
miejsca swojego odpoczynku,
bo tak naprawdę,
to nic się nie stało.
„Cała rzecz w tym,
żeby żyć”.

Poezja

W głosach poetów
można obserwować
narastającą świadomość
metafizycznych uniesień
W głosach poetów
słychać programy i manifesty
poszukiwaczy prawdy
Głosy poetów
nawołują samolubnych
i zlęknionych ludzi
do odsłonięcia
granic ich świadomości
Głosy poetów
wystawiają na próbę
przeczucia zapisane w zwątpieniu
Głosy poetów
kreują przelotnych rzeczników
nadwrażliwych idiotów

Posłanie

dopóki
powoli
i niespodziewanie
chodzisz
z wyciągniętymi
rękami
zamykasz
oczy
pokryte
jesiennym
deszczem
mogę
całkiem
blisko
liczyć
twoje
słowa
żeby
poznać
życie
to
wszystko

Potrzeba oczyszczenia

Powrót do pytań najprostszych –
o potrzebę i cel tworzenia –
jest powrotem artysty do stanu suwerenności.

Przyjacielu krainy pamiątek!
Pogoń za czujnym trwaniem bezpowrotnie mija,
wieniec laurowy rani skronie,
a krwią karmi postawę buntu.
Ale przecież powinieneś to przewidzieć!

Pamiętasz, jak wstydliwie
rozmawiano o prostych przyczynach,
jak nierozpoznawalnie przerażone
dziewczyny z długimi nogami
i niechlujnymi włosami
kładły się wieczorami na podłodze,
a ty mówiłeś im wtedy,
że powinny być ci wdzięczne,
za takie traktowanie,
za to katharsis.

Dzisiaj początek to, czy koniec?
Nawet nie masz pojęcia,
kto z nas stanie nad
granicą usprawiedliwiania.
Czy tam, za kurtyną, istnieje odpowiedź,
możliwość oddania ostatnich kruszyn atomów,
które podkreślały ustalony stan rzeczy?

Gdzieś poza nami są wszyscy inni,
modelujący własne istnienie
na własny użytek.
Każde zagrożenie wpisane jest
w dowolne miejsce na nieobecność.
Nie wiesz, gdzie będzie twoja dusza,
która uciekła z wnętrza naszej samotności.

W kartotece wspomnień pozostało ci jedynie
niestosowne nieee…
ale sam nie wiesz,
kiedy echo tego okrzyku powróci natrętnie.

Potrzeba zbudzenia

rozniecasz dobro i piękno –
w gęstniejącej ciemności
zawirowały iskry
a ponad nami noc
przepływa
we śnie – cichym

kiedy miłość błądzi –
rani zmysły szalonego prześladowcy
przywołuje obrazy przepowiedni
które spełniają się przed końcem
naszych dni

za boazerią dreszczy –
szukając wzajemnego połączenia –
skrywasz resztki rozsądku
chociaż wiesz że światło
i tak coraz jaśniejsze

ten stan sprawia że wnikasz pod skórę
naszej pamięci
chwytasz staromodną pieszczotę
jak łyk życiodajnej wody

* * *

powoli nad miastem
jesień zastrzega sobie wyłączność

wśród uśpionych
niekłamanych myśli
rodzi się nadaremny krzyk
a później
znów opada cisza
i nikt nie woła
spoglądając na gwiazdy

na twarzach nieszczęśliwych ludzi –
pochylonych nad książkami –
ciche podmuchy wiatru
rysują krótkie chwile uciechy
i tylko nocne ptaki
na leśnych uroczyskach
szukają gromady niezliczonych komarów
w nadziei
że będą one na próżno uciekać
przed śmiercią

Potrzeba oczyszczenia

Powrót do pytań najprostszych –
o potrzebę i cel tworzenia –
jest powrotem artysty do stanu suwerenności.

Przyjacielu krainy pamiątek!
Pogoń za czujnym trwaniem bezpowrotnie mija,
a wieniec laurowy rani skronie,
a krwią karmi postawę buntu.
Ale przecież powinieneś to przewidzieć!

Pamiętasz, jak wstydliwie
rozmawiano o prostych przyczynach,
jak nierozpoznawalnie przerażone
dziewczyny z długimi nogami
i niechlujnymi włosami
kładły się wieczorami na podłodze,
a ty mówiłeś im wtedy,
że powinny być ci wdzięczne,
za takie traktowanie,
za to katharsis.

Dzisiaj początek to, czy koniec?
Nawet nie masz pojęcia,
kto z nas stanie nad
granicą usprawiedliwiania.
Czy tam, za kurtyną, istnieje odpowiedź,
możliwość oddania ostatnich kruszyn atomów,
które podkreślały ustalony stan rzeczy?

Gdzieś poza nami są wszyscy inni,
modelujący własne istnienie
na własny użytek.
Każde zagrożenie wpisane jest
w dowolnie miejsce na nieobecność.
Nie wiesz gdzie będzie twoja dusza,
która uciekła z wnętrza naszej samotności.

W kartotece wspomnień pozostało ci jedynie
niestosowne nieee…
ale sam nie wiesz,
kiedy echo tego okrzyku powróci natrętnie.

Prawdę im powiem

Pamiętam bosego chłopca pochylonego
nad książką,
gdy podkradał rozwiane wiatrem słowa.
To wszystko stało się zanim księżycowy uśmiech
przeżył przypomnianą legendę zmarłych lat.

Od stuleci nadal wszystko dzieje się niby w próżni,
jakiś dławiący się sobą staruszek o sękatych palcach
i rzadkich, rozrzuconych włosach,
parę razy szamotał się bez próby wypowiedzi –
w milczeniu.

Domki małej wioski widziały jedynie
wygłodniałe ciała przedmieść.
Szczególnego rodzaju zjawy nagle zaczęły wszystko przeżywać –
usprawiedliwiając się tylko przed sobą.
Kogo pragniesz, kogo szukasz?
Jestem umierającą, półnagą grudką ziemi –
nikt nie wie, że najpiękniejsze kształty
szukają ocalenia przed prawdą.

Słowa, które wypowiadamy

 
pastelowy bukiet jesiennych deszczy
z wonią milczenia i z gęstwiną bezradności
dostałaś dzisiaj na kolejną rocznicę
zwierzęcych odruchów

w gruncie rzeczy nic się nie stało

na wzgórzu z którego wysokości rozłożyły się
jak na dłoni
czarne ulice
po których niesiono nasze tajemnice
przechadzają się słowa

nie dojrzeliśmy jeszcze
do milczącej formy spowiedzi

z gorzkimi minami
zawieszeni między pustymi proroctwami
(obietnicami) epoki
udajemy półprzytomnych

słowa które wypowiadamy
wyśmiewają wewnętrzne wyroki
ostrożnie odbierają
niespełnione nadzieją złe przeczucia
a każdy człowiek chce zostawić ślad
łyk bólu
garbatą gorycz
to wszystko
bo nie potrzeba więcej

Strach

Całe życie
przychodzi do mnie
upięty w szare barwy
spocony
otwarty na wszystko
siada pod parapetem okna
drapieżną dłonią
każe zapalić papierosa
milczy

Sugestie

po rdzawych schodach
pod drżącymi stopami
spływają potoki łez
wydostają się na ulice
i toną za kratami kanalizacji
nie rozkładają się na kwitnących trawnikach
nie roszą uschniętych traw
szukają kamiennego bruku
i odchodzą
pogrążając się w cierpieniach

Z cyklu: Zapiski alpejskie

* * *

świat mistrza Mozarta
zamknięty jest w żółtej kamienicy
przy Getreidegasse nr 3

w gablotach kilka pamiątek
jakieś nuty i portrety
i kosmyk włosów –
naukowcy orzekli
że trzydziestosześcioletni Wolfgang Amadeusz
umarł ze starości

muzeum nie dorasta mistrzowi do pięt
nawet tablica przed wejściem
ginie w natłoku
barokowych frontonów
i klasycystycznych fryzów

ze szklanych witryn sklepów
pokraczne manekiny
ubrane w eleganckie suknie i garnitury
spoglądają
na azjatyckich turystów
i polskich biedaków
którzy za ostatnie szylingi
kupują czerstwe bułki
w najtańszych sklepach
nieopodal
uliczni kramarze sprzedają
bagietki
i tandetne wiklinowe wianki

nikt nie myśli o dniu jutrzejszym
miejscowi przychodzą i odchodzą
śmiejąc się z naszych
dziwnych chęci
zagarnięcia wszystkiego
do inwentarza rzeczy posiadanych

świat mistrza Mozarta
uparcie przypomina nam
symfonię Pastorale
odgrywającą
własne Requiem

Tajemnica

nikt nie wie
jak oślepły starzec
ukrywa za pazuchą
płatki śniegu
(które i tak wydostają się)
przez rzadką osnowę
jego zniszczonego płaszcza

jedyne jego szczęście
to wspomnienia
kiedy przemierzał
niekończące się drogi
na spotkanie czegoś
czego nikt nie widział
i o czym nikt
nie mógł słyszeć

* * *

                                    Tadeuszowi Zawadowskiemu

Twój dom wariatów
jest coraz większy.
Te wszystkie Elizabetki, Bereniki,
a także inne kobiety,
przyprowadziły swoich znajomych
i nie możesz ich ukrzesłowić,
bo brakuje miejsca pod białymi ścianami.
Spójrz na ich uśmiechy,
na muskularne i opalone ciała mężczyzn,
i piersi kobiet, które przypominają
kiście zielonej winorośli.
Jak ospale i powoli balansują
na granicy rozkoszy.

Od lat stoisz na poboczu
drogi, wiodącej do Raju,
przebaczasz starym i biednym,
nie zapominasz o lekcjach
udzielanych ci na tajnych kompletach
przez zakłopotaną matkę.

Czasem śmierć starych przyjaciół
każe chwycić za pióro.
Pragniesz odegrać pierwszorzędna rolę
w nienormalnym teatrze
i nie chcesz,
żeby ktokolwiek dowiedział się o tym…

Ale jeśli wierzysz
w oczyszczającą moc łez,
nie ma znaczenia,
że czasem zapominasz
o wieczornej modlitwie.

Uspokojenia

a teraz
nie jestem pewien że
niebo już błękitnieje że
starcy załamują
kościste ręce
szukają jakiegoś wyjścia
czasem umierają

kto ich usprawiedliwi
od kłamstw
i oszczerstw

przyjaciel obiecał
zastanowić się nad tym

W poszukiwaniu  śladów

Miasto przywitało mnie smogiem
i nowiutkimi budynkami,
które stanęły na miejscu tych starych –
z wielkimi bliznami po szrapnelach
i potrzaskanych bombami.

W drodze z dworca do hotelu
– wymoszczoną atłasem taksówką –
obraz po obrazie:
droga, budynki, drzewa,
skręt z drogi, gdzieś w nieznane…

Przed oczami
– wcale nie za mgłą –
przesiąknięte łzami i rozdartym sercem
wspomnienia ojca,
który świadomie pomija nazwę tych służb,
a ja próbuje przypomnieć sobie
czy choćby raz
użył skrótu NKWD.

Pamiętam tę małą fotografię
– starą, zniszczoną, z oderwanym
rogiem i śladami po krwi –
którą przez te wszystkie lata
tuliła z namaszczeniem
matka.

To już tyle lat, kiedy
żegnała męża
we wrześniu 1939.

Byli tacy młodzi,
piękni, niewinni i zakochani –
ona,
on – w oficerskim mundurze
i mały, pucołowaty berbeć.

Fotografię w blaszanym pudełku
po przedwojennych landrynkach
odkopali fachowcy od ekshumacji –
wszyscy płakali, kiedy zobaczyli
że ludzie na niej
byli tacy młodzi,
piękni, niewinni i zakochani –
ona,
on – w oficerskim mundurze
i mały, pucołowaty berbeć.

Dzisiaj, mogiły porośnięte są
– jak wtedy – mchem, a na skraju lasu
stare drzewa,
czerwone od wypitej krwi nieszczęśników,
mieszają się z kopułami cerkwi
nietkniętych żadnym zniszczeniem,
jakby mówiły o swojej niepotrzebności…

Nazajutrz, znowu był słoneczny dzień,
ale po wódce dnia poprzedniego
nic nie czułem,
a jakiś nieznajomy o semickich rysach twarzy
powiedział mi przy saturatorze:
ЎХОДИ! ПАН, ЎХОДИ!

 

Wieczorna podróż do bramy smętnej pieśni aby pozbierać proch rozsypany przez wiatr

idę
próbuję zapamiętać ulicę
po której bose nogi
depczą głęboką noc

przez niezasłonięte okna
zaglądam ludziom do ich mieszkań
drażnię ich chociaż oni tego nie czują
przesiąknięty szaleńczym mrokiem
otacza mnie pejzaż spragnionych serc

na tej samej ulicy
chora dusza zieje nagością
leży na chodniku
nikt jej nie prosi do środka
pozwala popłakać
zapalić świecę
posadzić dzikie trawy na jej własnym grobie

człowieku wybacz samotności że towarzyszy ci w drodze –
a ja to wszystko widziałem

Wielki Inkwizytor

                                   Janinie M.

pełen zła i nienawiści
bierze odwet za
swoje grzechy

ręką okoliczności
wyjmuje z szuflad
podania pisane rozpaczą

los świętych nie obchodzi go
ma niezłomne zasady:
każdego ranka jeden stos

z coraz większym trudem
zlizuje nieszczerą ułudę
z pohańbionych warg
i nawet spękane lustro
nie pozwala mu dotrzeć
do resztek wymuszonego dnia

kolejnej Świętej Inkwizycji

a wieczorem
znowu księżyc kroi ciemność
demaskując
świeże ślady obłędu

Wiersz o człowieku

                                               Adamowi Szyperowi

przez ile obozowych bram
przenosiła cię matka
ile baraków
ile prycz i tragedii…

ufałeś w mleko w proszku od polskiej kobiety
i w ciepło matczynego ciała
kiedy Bóg krzepił w niej męstwo

przekleństwa rzucane na pastwę rozpaczy
łączyły ludzi

dobrze że piszesz wiersze
o murzyńskich gettach
i wietnamskich emigrantach
szukających pracy na ulicach Manhattanu
i że nie zapominasz
o nieznośnym powietrzu na Piotrkowskiej

Przyjacielu z Kendall Parku
już więcej nie musisz
usprawiedliwiać swojego istnienia

* * *

…wyruszyć ku gwiazdom?
Nie, nie zamierzam.
Miałem, co prawda, kilka podobnych pomysłów,
ale nie jestem fantastą.
Interesuje mnie człowiek w realnym świecie.
A ponieważ zostałem pozbawiony prawa do własnego wyboru,
nie ma we mnie już tego żywiołowego zapału,
że można jeszcze zrobić coś, co przetrwa,
co zintegruje ludzi do wspólnego zaangażowania
w sprawy najistotniejsze –
w bezinteresowność.
Pozostało tylko przyzwyczajenie, nawyk, obowiązek.

Wszyscy jesteśmy jak mrówki.
Po prostu przyjęto nas do wiadomości.
Ten stan skończy się za chwilę, godzinę lub rok,
kiedy nas zadepczą.
Bo w końcu takie jest życie
mrówki.

* * *

Z mojego punktu widzenia dobrze widać
wszystko na wszystkie strony:
przestronnie, jasno, cicho.
Czy aby nie dlatego właśnie,
oderwawszy się od swoich codziennych spraw,
mówię o swoim życiu.
Jedynie dlatego,
że nadarzyła się okazja.
Ktoś zadaje pytania.
Dlaczego by więc nie powspominać,
i to jeszcze tu,
w tej dżungli,
która usposabia do odkrywania pamięci?
Poza tym każdy chce żyć,
nie ma czasu na umieranie.

Reklamy